Ristorante Roma 2010-08-01 19:40:38

 

Ristorante Roma   

 

     Tuż po obaleniu komunizmu udało mi się wreszcie wyjechać na mityczny wręcz Zachód

i to od razu do mojego ukochanego Rzymu , którego plan znałem na pamięć i którego ulicami

(zarówno z czasów cezarów , jak i współczesnymi) chodziłem w wyobraźni od lat. Po kilku tygodniach sycenia się wspaniałością Miasta i jego okolic z zabytkami Ostii , Tivoli , Bracciano czy Wejów , skończyły mi się pieniądze przywiezione z Polski , a że nie wszystko

jeszcze zobaczyłem , postanowiłem zdobyć jakąś pracę , dzięki  której mógłbym pozostać trochę dłużej w miejscu uwielbianym od wczesnej młodości.

 

    Pracy nie szukałem zbyt długo . Dowiedziałem się od znajomych , że jest wakat                 w restauracji Roma koło dworca Termini.Okazało się , że wśród dwudziestokilkuosobowej obsługi połowę stanowili Polacy . Wykonywali wszelkie prace : od sprzątania , zmywania sztućców i zastawy , aż  po  przygotowywanie potraw i kelnerowanie . Wszystkie funkcje były wymienne , oprócz stanowiska głównego kucharza . Właścicielem był signore Mino , który pod koniec lat 40-tych zaczynał , jako prosty chłopiec bez wykształcenia , od przenoszenia paczek i bagaży na głównym rzymskim dworcu . Na początku lat 90-tych był właścicielem dwóch restauracji i kilku kamienic w centrum Wiecznego Miasta . Obydwie restauracje świetnie prosperowały dzięki układom z biurami podróży i doskonałemu jedzeniu. Były nastawione na obsługę zorganizowanych wycieczek , którym oferowały z góry zamówione posiłki , jednakowe dla wszystkich turystów . Kilkudziesięcioosobowe grupy przybywały głównie z USA ,Japonii , Niemiec , Hiszpanii . Pracę ustawiono tak  , w ciągu jednego dnia byliśmy w stanie obsłużyć nawet tysiąc osób . Każdy posiłek kosztował biuro turystyczne ok. . 50 dolarów . Signore Mino za nielegalną pracę Polaków opłacał się kilku urzędnikom darmowymi obiadami . Znając dolę ludzi szukających powodzenia poza

ojczyzną , nigdy nie oszukał swoich pracowników . Płacił regularnie, raz w tygodniu, umówioną kwotę . Wyjątkowo ( na tle pracodawców zatrudniających obcokrajowców) dawał też w okresie mniejszego natężenia pracy urlopy płatne , wszystkim , bez wyjątku ,a w gru-

dniu wysoką premię świąteczną . Pozwalał też pracownikom na spożywanie w rozsądnych ilościach tego ,co przechowywano w chłodniach oraz na picie wina , o ile wcześniej zgłosiło się taką chęć . Potrafił obsłużyć każdą maszynę w knajpie ,zastąpić każdego pracownika . Nie tolerował jedynie złodziejstwa . Powszechnie go szanowano . Pracownicy odpłacali się wytężoną pracą w godzinach od 9 do 15 i po przerwie od 18 do 24 . Niekiedy tempo było nie do wytrzymania , ale pocieszaliśmy się , że kiedyś niewolnicy Imperium Romanum pracowali za darmo , a my , Polacy , zarabialiśmy przy ówczesnym przeliczniku dolara do złotówki około 80 razy więcej niż średnia krajowa w Polsce .

    

   Tylko raz sprawiliśmy zawód właścicielowi restauracji . W Wigilię signore Mino wygonił

z kuchni wszystkich ,oprócz kucharza i osobiście potajemnie coś pichcił . Dostawę produktów też  wcześniej utrzymano w dyskrecji . Byliśmy wszyscy zaintrygowani . Czyżby polskie karpie ? Pod koniec sjesty signore Mino wniósł na salę , na której kazał nam się zebrać pod pozorem narady przed pracą , olbrzymią tacę przykrytą białą płachtą . Uważnie obserwując nasze reakcje zdjął  - niczym magik - płótno . Polscy pracownicy doznali wstrząsu . Na tacy leżały upieczone połówki kozich głów . Nie wiedzieliśmy jak się zachować . Wcześniej sły-

szeliśmy , że na Sardynii podobny specjał  jest wielce pożądanym świątecznym daniem , bardzo zresztą drogim . Nie chcieliśmy popsuć radości naszemu szefowi , ale z tacy patrzyły na nas obrobione w wysokiej temperaturze oczy biednych kózek . Niezręczna sytuacja . Wybrnęliśmy z niej tłumacząc , że w Polsce w Wigilię nie jada się mięsa pod żadną postacią .

Kozy spałaszowali Włosi . Nie próbowałem przyglądać się , jak radzą sobie ze ślepiami nie-

szczęsnych zwierząt . Właścicel zamówił dla nas w sąsiedniej knajpie zupę warzywną i spa-

ghetti z owocami morza .

  

   Jednym z moich kolegów był Jacek , zwany przez Włochów Dżekiem . Chłopak przed przyjazdem do Włoch spędził parę lat w więzieniu ( oczywiście ,,za niewinność”) . Miał masę ciekawych historii do opowiedzenia , dysponował sporym komediowym talentem i liczną ro-

dziną trzymaną mocną ręką przez matkę , która w przeciwieństwie do wszystkich mężczyzn w familii nie popijała i, może dzięki temu, potrafiła wynająć duże mieszkanie w starej kamie-

nicy w centrum Rzymu . Wolne pokoje podnajmowała Polakom- tak , że jeszcze sporo na tym zarabiała . Jacek ciągle żartował , gdy trzeba – pomagał w najcięższych momentach . Był

z niego dobry kumpel . Niestety natura pchała go do złego . Oprócz konsumpcji na miejscu , wynosił z restauracji różne produkty wykorzystywane później prawdopodobnie do wspólnych rodzinnych biesiad . Wielokrotnie mówiliśmy mu , że zarabia dostatecznie dużo , by nie łako-

mić się na wino , mleko w kartonie , czy kawałek parmezanu . Rady nasze odnosiły taki sam skutek , jak apele do polskich polityków , by nie kradli i nie brali łapówek .

 

    Kiedyś , w czasie sjesty , poszedłem z Jackiem zobaczyć Ara Pacis Cezara Augusta . Wracając zauważyliśmy samochody karabinierów blokujące przejście do sąsiedniego placu ,

z którego dochodziły dźwięki muzyki granej przez orkiestrę . Jacek bez namysłu przeszedł pod policyjną taśmą odgradzającą uliczkę prowadzącą na plac . Ja też , chyba nie zastanawiając się , poszedłem jego śladem . Gdy wychodziliśmy zza samochodów policyjnych , wyskoczył do nas młody karabinier . Zaskoczony nie celował z pistoletu maszy-

nowego zwieszonego na ramieniu , tylko rozkładał szeroko ręce , jakby chciał nas powitać lub

zasłonić przejście . W tym samym momencie spostrzegliśmy postać podobną do papieża Jana Pawła II ,zbliżającą się do limuzyny stojącej kilka metrów od nas . Dlaczego piszę , że zauważyliśmy ,, postać podobną do papieża ” , a nie wprost , że papieża ? Otóż w tym samym roku byliśmy świadkami produkcji w plenerach Miasta dwóch filmów . Jednego – włoskiego- z udziałem naszej Grażyny Szapołowskiej na terenie wydzielonym dla zawodów hippicznych w parku Villa Borghese . W pierwszej chwili sądziliśmy zatem ,że przy tak słabym zabezpieczeniu miejsca , udało się nam zobaczyć na żywo końcowy fragment pracy nad ko-

lejnym filmem – tym razem o naszym papieżu . Jakież było nasze zdumienie , gdy – w wywo-

łanym przez nas zamieszaniu - na rozpaczliwe zawołanie Jacka : „Niech żyje Papież” , „postać” nie zniknęła w samochodzie , tylko podeszła do nas z grupą ubranych na czarno

jegomości , podała nam rękę do pocałowania i pobłogosławiła nas po polsku . Zrozumieliśmy,

że to naprawdę polski następca św. Piotra . Obydwaj ( plus niewiedzący,jak się w tej sytuacji zachować młody karabinier ) obserwowaliśmy oddalającego się do samochodu papieża . Naj-

szybciej ochłonął Jacek i po swojemu odreagował mówiąc „ O kurwa – dotknąłem papieża „

i to tak głośno , że biskup Rzymu prawdopodobnie usłyszał te słowa . Jacek ryknął płaczem .

Łzy leciały mu ciurkiem , nie mogłem go uspokoić dobre pół godziny . Przeszliśmy tak ze

trzy kilometry wracając do pracy . Widać było , że „Dżek” naprawdę się wzruszył . Zdawało

się , że przeżył nawet  nawrócenie lub przemianę duchową . Przez kilka dni nie pił alkoholu

i chyba nic nie brał ze sobą do domu . Niestety nie wytrzymał długo w nowym wcieleniu .

Któregoś dnia dał się złapać tak zwanemu Direttore z kartonem mleka za pazuchą . Oczywiście z miejsca wyleciał z pracy . Signore Mino nawet w takiej chwili pokazał klasę i kazał przekazać Jackowi przez kolegę pomieszkującego u jego rodziny wypłatę za trzy dni , które ten wcześniej przepracował .

    

   Gdy w kilkanaście lat później oglądałem , po śmierci papieża , bratanie się kiboli Wisły

i Cracovii i ich przysięgi na pamięć Ojca Świętego , że nie będą się już tłuc , śmiać mi się chciało . Założyłem się z żoną o to , że nie wytrzymają w nowej roli nawet miesiąca.

Nie przegrałem . Wilka ciągnie do lasu , choćby wybić mu zęby , czy też przez lata tresować w cyrku lub karmić najlepszymi kąskami , jakich nie uświadczy na wolności .

 

    Inną ciekawą postacią był Robercik z Kraśnika . Chłopak wyglądał jak skrzyżowanie skrzata ze świętym Mikołajem , ale miał złote serce . Harował za dwóch , lubił wypić – tak ,

że spełniał się w pracy w restauracji . Wiele podróżował po świecie , mimo tego , że nie potrafił nauczyć się nawet jednego zwrotu w obcym języku i ciągle go ktoś okradał . Chciał zarobić na Harleya , którym zamierzał przemierzyć wzdłuż  i wszerz całe Stany Zjednoczone . Wierzę , że mu się udało , bo  - pomimo okresowych klęsk – realizował swoje marzenia .

  

   Po zwolnieniu Jacka właściciel przyjął nowego chłopaka , któremu dach nad głową , po wcześniejszych noclegach w ruinach Forum Romanum , zapewnił jeden z naszych kolegów , warszawiak pracujący z nami od kilku miesięcy . On też poinformował swojego współ-lokatora o wolnym miejscu na zmywaku . Nowy pracownik od razu większości z nas nie spodobał się – patrzył spode łba , wymigiwał się od pracy , podejrzewaliśmy go o drobne kradzieże . Po jego przyjęciu z szatni pracowników zaczęły znikać a to drobne kwoty , a to

np.bilet okresowy na komunikację miejską . Sprawcy nie udało się schwytać na gorącym uczynku , ale domyślaliśmy się , kto to robi . Jedynym wierzącym w jego niewinność był kolega  z Warszawy , który dał mu miejsce ( za darmo ) na materacu w korytarzu mieszkania wynajmowanego przez siebie . Zakończyło się wszystko klasycznie . Któregoś dnia chłopak nadający się najlepiej do roli kapo w obozach pracy na południu Włoch , w których polscy nadzorcy terroryzowali darmowych pracowników z naszej części Europy , nie przyszedł

do pracy , udając  wobec swego dobroczyńcy chorego  . Gdy Piotrek z Warszawy  wrócił po robocie do wynajmowanego mieszkania , nie było w nim nic , oprócz starych mebli . Cwaniaczek ukradł wszystko , co się dało wynieść , łącznie z używanymi skarpetkami .

    

 Wśród włoskich pracowników też mieliśmy kilka ciekawych person , np.takiego Paolo z Catanii ,17-latka zafascynowanego mafią , który edukację zakończył na szkole podstawowej , ale w przeciwieństwie do bohaterów swoich opowieści, szukającego szczęścia w uczciwej , ciężkiej pracy. Chłopak miał dar niewiarygodnie  szybkiego uczenia się języków obcych . Już po 3 miesiącach mówił płynnie , bez akcentu po polsku , posługując się zasobem słów zasłyszanych od polskich kolegów . Po kilku tygodniach konwersował bez problemu w języku angielskim . Był żywym świadectwem tego , że system szkolny nie wychwytuje prawdziwych talentów ,  że bez wsparcia rodziców rozumiejących siłę edukacji , wiele diamentów nigdy nie stanie się brylantami . Paolo dosyć szybko nas opuścił . Jakiś znajomy załatwił mu pracę na tzw. statku miłości pływającym na Morzu Karaibskim . Przysłał nam później pocztówkę  , na której napisał , że praca ciężka ,ale jakie dziewczyny …   

 

      Innym interesującym człowiekiem był Salvadore . Facet miał około 60 lat . Jako jedyny spośród nas mógł wychodzić z pracy przed godz. 22 . Cichy , pracowity , układny i cierpliwy nikomu nie wadził ,nie wdawał się w rozmowy , wykonywał swoje i znikał , jakby nigdy go nie było . Okazało się ,że spieszył się do więzienia . Kilkanaście lat wcześniej przydybał in flagranti swoją żonę w łóżku z sąsiadem . Obydwoje zabił . Za dobre sprawowanie na kilka lat przed zakończeniem wyroku otrzymał możliwość ,,powrotu do społeczeństwa ‘’ i odbywania reszty kary w warunkach półwolnościowych . W dzień pracował , na  noc powracał do zakładu karnego . Nikt nie rozumiał, jak taki spokojny mężczyzna mógł dokonać takiej okropnej zbrodni .Zawiedzione uczucia , wszystko , co z seksem związane ,  wyzwalają wielkie emocje i reakcje , o które nigdy nie podejrzewalibyśmy siebie . Włosi są też chyba szczególnie uwrażliwieni na punkcie męskiego honoru . To widać chociażby po ich reakcjach na wyzwiska . O ile na większość z nich dobrotliwie uśmiechają się , niekiedy jeszcze coś dorzucą od siebie na siebie , to jeśli ktoś nazwie ich cornuto (rogacz) – można być pewnym , że wesoło nie będzie.

 

     Nasza restauracyjna gromadka , poza epizodem ze złodziejaszkiem , świetnie się rozumiała , Włosi nie wywyższali się nad Polaków – tak , że pracowało się naprawdę nieźle.

Od czasu do czasu mieliśmy atrakcje w postaci np. wizyty 20osobowej grupy przepięknych blondyn z RPA , które wyglądały , jakby były jednojajowymi bliżniaczkami . Włoskim ko-

legom na ich widok wszystko leciało z rąk . Próbowali umówić się z dziewczynami na spot-

kanie , ale te udawały , że rozmawiają tylko w afrikaans . W tym przypadku , wyjątkowo ,

nie zadziałała magia włoskiego wdzięku – połączenia wygłupu z dumą prawdziwego męż-

czyzny , co to i rozkosz zapewni , ale i może przylać . Normalnie ,  zaczepki ze strony obsługi

były mile widziane , a nawet oczekiwane . Co niektóre panie zostawiały kelnerom adresy

swoich pensjonatów i numery telefonów , by spotkać się na bynajmniej niepotajemnej schadzce . Turystyka erotyczna od dawna nie jest domeną mężczyzn . ( Pakistańscy macho

problem rozwiązali zakazując żonom wychodzenia z domów bez swojej zgody . W razie nie-

subordynacji lub w przypadku jakichkolwiek wątpliwości , co do prowadzenia się swoich kobiet , polewają im twarze kwasem . Wtedy te mogą śmigać swobodnie po mieście bez burki

i kwefu . ) Największym powodzeniem cieszył się Giuseppe , typowy Włoch z wyobrażeń

hollywoodzkich , z czarnym wąsikiem i długimi , falującymi włosami , gęstymi od brylan-tyny . Giuseppe był tak naprawdę Józkiem spod Lublina . Znał ze sto włoskich słów ,

którymi operował nieco bez sensu , ale za to skutecznie . Wywierał olbrzymie wrażenie ,

szczególnie na Amerykankach , które nie wątpiły , że z niego prawdziwy ragazzo italiano ,

a jako taki, z samej definicji ,również amoroso perfetto . Maskarada o mało nie wydała się

jedynie raz , gdy zza oceanu przybyła grupa z dziewczyną ,której rodzice byli Włochami .

Ta śmiało zagadywała naszego kelnera najpierw po angielsku , później po włosku . Biedak

nie wszystko chwytał , więc rozluźnieni Amerykanie zaczęli żartować ze swojej przyjaciółki,

że albo mówiła niezbyt zrozumiale w języku przodków , albo onieśmieliła chłopaka tak ,

że ten nie wiedział , co odpowiedzieć .

 .

 

   Wracając do wizyty potomkiń twórców aparthaidu , załoga otumaniona seksem z nich emanującym , jeszcze kilka tygodni przeżywała niepowodzenie . Tygodnie te wypełnione były również niezliczoną ilością wariacji  na temat  ,  co by było ,gdyby  się jednak udało  .  

W takich opowieściach Włosi są – trzeba to przyznać –  prawdziwymi mistrzami . Tym bardziej , że opowiadają całym ciałem .

   

     W dniu , w którym pierwszy raz od kilku lat spadł w Rzymie śnieg , pojawiła się u nas grupa młodych karateków z Japonii . Byli we Włoszech na jakichś zawodach . Po wypiciu kilku butelek wina chłopaki rozochocili się i zaproponowali  obsłudze swego rodzaju turniej pieśni . My mieliśmy śpiewać piosenki z regionu Lazio , a oni pieśni samurajskie z okolic Kioto . Włosi byli zajęci w innych salach , kilku Polaków miało trochę luzu , więc robiliśmy za rzymian . Nie znaliśmy słów włoskich przebojów , jedynie po kilka fraz z trzech czy czterech , więc zaśpiewaliśmy nasze , np. popularnych wtedy ,,Rycerzy trzech” . Japończycy najbardziej wzruszyli się podczas słuchania la piu’bella canzone italiana pt . ,, Nie płacz Ewka”. Tylko jeden dopytywał się , dlaczego nasz włoski jest taki dziwny . Wytłumaczyliśmy , że to zapomniany dialekt z okolic Rzymu , wywodzący się jeszcze z łaciny . Wszakże chcieli coś oryginalnego . Młodzi przybysze z Kraju Kwitnącej Wiśni śpiewali chropowato

i niezbyt składnie . Podejrzewaliśmy , że ich pieśni są tak samo samurajskie , jak odśpiewane przez nas - włoskie . Najważniejsze , że wszyscy byli zadowoleni . My też . Dostaliśmy do podziału sto dolarów napiwku , co dla każdego dało dwumiesięczne polskie pensje . (Ostatnio przeglądając w Internecie strony poświęcone naszej restauracji ze zdumieniem spostrzegłem , że któryś z Japończyków zamieścił na fotoblogu filmik ze swojego pobytu we Włoszech , w którym najbardziej piorunujące wrażenie wywierają nie popisy karateków na zawodach ,

lecz fragment występu naszego boysbandu . Akuratny chłopak z tego Azjaty . W tekście napisanym całkowicie japońskimi znakami umieścił jedną , jedyną nazwę alfabetem

łacińskim . Przepisał ją chyba z jakiegoś pamiątkowego gadżetu wziętego z naszej jadło –

dajni . Teraz wiem , co znaczy , że nikt nie może być pewny dnia ani godziny . W tym momencie jestem pełen zrozumienia dla wysiłku władz komunistycznych Chin próbujących cenzurować treści pochodzące z Sieci . Czy ktoś zna sposób na pozbycie się czegoś niechcianego z Internetu ? Chlapnięcie atramentem na ekran chyba nic nie da ?)           

 

    Od czasu do czasu właściciel restauracji zamawiał na specjalne okazje rosyjskich muzyków, którzy w chwili rozpadu sowieckiego imperium pozostali na Zachodzie , urywając

się z orkiestr filharmonicznych , koncertujących np. we Włoszech . Muzycy , szczególnie skrzypek , byli prawdziwymi wirtuozami . Gdy zaczynali grać rzewne włoskie kawałki , pary

przytulały się do siebie , konsumpcja win rosła , większe napiwki dostawały się również

stałej obsłudze . Tęskne melodie nie wzruszały jedynie podchmielonych Amerykanów . Gdy

-nie daj Boże-w grupie ktoś obchodził urodziny , a w sali pojawił się tort , nie mogli docze-

kać się rzucania w siebie kawałkami ciasta . Zatrzymali się na etapie filmów z Flipem i Fla-

pem . Duże dzieci .

 

    Kiedyś na jedną z sal wbiegła mysz .Spanikowane kobiety wskakiwały na krzesła , kilka

na stoły . Panowie rzucili się ubić gryzonia . Direttore kazał grać muzykom coś skocznego ,

mężczyźni zaczęli klaskać i śmiać się ze strachliwych kobiet . Te , by jakoś wybrnąć z sytu-

acji , będąc jeszcze na stołach , wykorzystały je do tańca . Klienci uznali wizytę myszki za

numer specjalny , zaaranżowany przez obsługę dla rozweselenia gości .      

 

    Ciekawe było też studiowanie charakterów narodowych , np. . Włosi i Hiszpanie niemi-

łosiernie brudzili , połowa jedzenia pozostawała na lub pod stołem . Japończycy ,gdy coś im

spadło , wszystko dokładnie sprzątali , kładąc resztki na talerzach , a Niemcy (starsi ) w ogó-

le nie bałaganili . Japończycy po przyjściu do restauracji ustawiali się karnie w kolejce do

ubikacji , by wymyć ręce . Byli nieświadomi , że przeszkadzają – stojąc w przejściu na trasie

między kuchnią a salą ciągle nas pozdrawiali kłaniając się w pół . Ich skinienia wymagały

odpowiedzi i tamowały ruch . Co niektórzy kelnerzy uśmiechając się promiennie , mówili do nich słodko : „ Spierdalajcie z drogi ‘’ , co wywoływało entuzjazm gości i niestety jeszcze

głębsze dyganie .

 

   Kobiety , niezależnie od nacji ,jednakowo reagowały na róże . Każda z pań w chwili wyjścia z restauracji otrzymywała od kelnerów kwiatek . Niektóre wzruszały się , jakby

były indywidualnie wyróżnione , drugie rzucały się obdarowywującym na szyje , jeszcze

inne zwracały się do mężów z niewinnie brzmiącym pytaniem : ,, A kiedy ty mi dałeś ostatni

raz różę ?” Wszystkie nie wiedziały , że róże przywiezione samolotami z plantacji w Chile ,

trzymane niekiedy tydzień w chłodni , dokładnie w 15 minut po rozdaniu zwiędną .

 

     Opisane przypadki powodują , że tęsknię za Wiecznym Miastem . Miastem , w którym

ciężko się pracuje , ale i potrafi się żyć i bawić . Gdybym był kobietą , straciłbym w nim

-w przenośni –nie tylko głowę , ale i coś bardziej namacalnego , co też licznym Polkom

zdarza się tam co roku . Ale to już inna historia .

    

    

   P.S.

         Co ciekawe , nie lubiąc Łodzi , jej strasznego zaniedbania , ludzi , którzy nawet na tle polskiego piekiełka odstają od normy , powracając do miasta włókniarzy ze wspaniałego Rzymu po rocznym w nim pobycie , wzruszyłem się .

   Szczególnych wrażeń doznałem na rodzimych Bałutach. Tramwaj , którym jechałem z Dworca Fabrycznego niespodziewanie zatrzymał się pomiędzy przystankami na ul. Wojska Polskiego. Przed nami ,po torowisku , biegł zupełnie nagi mężczyzna . Dopiero , gdy skręcił do bramy przy Placu Kościelnym  , ruszyliśmy dalej . Pomyślałem: ,, Jest dobrze . Wreszcie coś swojskiego .” 

    Ale to nie koniec wzruszeń . Na ul. Limanowskiego , po wyjściu z tramwaju, zostałem przywitany przez delegację Limanki , w postaci 2 osobników , których wcześniej nazwałbym lumpami , ochlapusami lub podobnie . W tym dniu jednak wszystko wydawało mi się takie cudowne , że na ich pytanie – żądanie (?) :,,Da nam pan parę złotych  na piwo?”  nie tylko nie byłem zniesmaczony , ale bez targowania się , czy umoralniania  dałem im więcej ,niż myśleli dostać i więcej , niż sam po sobie spodziewałbym się . Wszakże to byli nasi .Ziomale z Bałut , gdzie- co prawda- panieńskim rumieńcem dzięcielina nie pała , ale za to wszystkie Zdziśki i Ryśki to fajne chłopaki , a na murach ŁKS jest King .                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                  

skomentuj (0)

Kredens Acoustic 2010-08-01 19:26:08

Kredens Acoustic

 

    Dobry rok temu byłem w klubie Lizard King na Piotrkowskiej . Wewnątrz tłum , na scenie

młode kapele grające całkiem niezłe kawałki . Wokaliści i muzycy towarzyszący dawali          z siebie wszystko . Widać , że stali bywalcy z zainteresowaniem przysłuchiwali się ich

produkcjom . Byli jednak i tacy goście , którzy próbowali przekrzyczeć dźwięki muzyki .

Nie powiem , że z nabożnym skupieniem oddaję się kontemplacji sztuki , ale drażni mnie zachowanie ludzi , którzy przychodzą do klubu muzycznego –jak przypuszczam- najpierw dla

ducha , później dla ciała , a następnie odwracają hierarchię .

 

    W zatłoczonym klubie siedziałem przy stoliku stojącym na podeście , tak że nie tylko wszystko doskonale słyszałem , ale i widziałem artystów i prawie całą salę . Niestety, tylko

do czasu . Do stolika między mną a sceną przysiadła się w pewnym momencie para , która

zdominowała całe otoczenie . Szczególnie dziewczyna odznaczała się niepospolitymi

właściwościami . Była swego rodzaju czarną dziurą . Pochłaniała nie tylko dym z papierosów,

piwo w ilościach przyprawiających o zawrót głowy nawet postronnego obserwatora ,ale i dużą ilość dźwięków . Gdy weszła , akustyka pogorszyła się radykalnie . Baba o gabarytach

kredensu gdańskiego przysłoniła mi dwie trzecie sali . Przypominała mi pleczystą dziwkę

z okolic Ku-dammu w Berlinie  ,która przyczepiła się do mnie kiedyś podczas wieczornego

spaceru . Usilnie namawiała mnie do złego , a ja nie wiedziałem jak wyrwać się z jej sideł ,

bo bary miała niczym chłopcy od sturmbannfuhrera Skorzennego . Może była tylko byłą

enerdowską lekkoatletką , ale wyglądała na taką , która potrafi dorosłego chłopa zadusić

z łatwością właściwą rzeźnikom kurczaków . Po trwającej kilka minut miłej konwersacji ,

której lajt-motywem było pytanie zadawane przez olbrzymkę ( przetłumaczone przeze

mnie może niezbyt szczęśliwie) : „Kulniem się dziubasku ?” , uratowała mnie z opresji chłopina z metr sześćdziesiąt wzrostu – zdaje się stały klient , z którym rozrośnięta dziewoja

oddaliła sięwreszcie do samochodu . Na koniec mrugnęła szelmowsko do mnie okiem ,

jakby chciała powiedzieć : Tym razem upiekło ci się .

 

    Wracając do jej polskiej siostrzycy z Lizard King –najgorsze nadeszło dopiero wtedy , gdy wstała . Okazało się , że była równą babką – walec o średnicy metra . Nadawałaby się na sanitariuszkę wojskową . Mogłaby jedną ręką wynieść z pola bitwy ciężko rannego żołnierza , jednocześnie drugą wyciągając mniej poszkodowanego za nogę .Inni uczepiliby się jej dolnych kończyn ,a ona niczym czołg parłaby dalej. Pod osłoną jej pancernych piersi wydostałaby się spod ostrzału gromada ludzi . Krzepę zaprezentowała w chwili upadku swego towarzysza . Ten – też nie ułomek – wypijał hektolitry piwa , a później ganiał do kibelka . Co wyjście , to coraz większe odchylenie od pionu . Aż wreszcie przyglebił . Obalił się na schodach prowadzących na podest , tłukąc przy tym jakiś kufel , czy kielich . Jego kompanionka doskoczyła do niego ze zręcznością tygrysa , chwyciła go w pół i wyniosła jedną ręką z sali , drugą zaś rozgoniła obsługę chcącą  chyba wyjaśnić kto zapłaci za alkohol i zniszczenia . Imponujące widowisko , zważywszy na ilość piwa , jaką wcześniej pochłonęła .

Niewątpliwie, taką kobietę lepiej mieć zawsze po swojej stronie .

 

  Zastanawiałem się , czy nie była czasem menadżerem grupy , która tego wieczoru otrzymała największe oklaski . Zanim nie przesadziła z piwem , z dużym znawstwem tubalnym głosem wypowiadała się o walorach i wadach występujących na scenie zespołów . Może nawet nazwa tego zespołu miała coś wspólnego z jej wyglądem i właściwościami . Zespół zwał się Kredens Acoustic . Paru chłopaków i młodziutka wokalistka – Zuza ( nazwiska nie usłyszałem ) . Dziewczyna rzeczywiście zasługuje na sukces . Tatiana O. przy Zuzi byłaby tylko nienaoliwionym zawiasem kredensu . Słuchacze po pierwszym kawałku przycichli . Szczególnie piękna blondynka przy barku siedziała jak zaczarowana . Oczy jej błyszczały , nie poruszyła się przez cały występ . Wystraszyłem się , że nie spostrzegłem , iż jest może jedynie elementem wystroju sali , a nie żywą istotą . 

   W każdym bądź razie warto zapamiętać nazwę – może trochę udziwnioną – Kredens Acoustic .

 

     

skomentuj (0)

„MAGNES W OCZACH” 19.10.2007r. 2007-12-30 11:44:42

     Dzisiaj  z rana jadąc autobusem linii 83 skorzystałem ze względnego rozespania ludzi. Nie wrzeszczeli na siebie, nie rzucali mięchem. Nadrabiałem zatem zaległości w lekturze.Czytałem interesującą biografię Nory Joyce, żony wielkiego Jamesa. Nagle wyczułem  na sobie czyjeś spojrzenie. Z odległości dwóch rzędów krzesełek obserwował mnie przenikliwym wzrokiem mężczyzna na oko 30-letni. Jego spojrzenie było tak świdrujące,że aż się przestraszyłem. Homus?Spodobałem mu się?Szybko się jednak rozluźniłem. Miał sporego zeza. Mógł równie dobrze patrzeć nie na mnie, lecz na kogoś z innej strony. Zezowaci, szczególnie rozbieżni, są trochę podobni do kameleonów. Dobrze,że wszyscy nie jesteśmy tacy, bo trudno by było nawiązać kontakt wzrokowy z kimkolwiek. Trudno byłoby też sprawdzić prawdomówność małych dzieci, które niekiedy kontrolujemy mówiąc im :”Spójrz mi w oczy.Zaraz zobaczę , czy mówisz prawdę.” Takie dzieci, jak mój 9-letni syn, który jest, a raczej bywa fanem precyzyjnego wyrażania myśli, a szczególnie poleceń, zamieniłby realizację mojego życzenia w parodię. Kuba ustalałby długo, w które mianowicie oko ma spojrzeć, i którym swoim okiem. Zanim uściślilibyśmy szczegóły konfrontacji, przeszłaby mi ochota na prawdę, prawdomówność i na wszystko inne.

    Ledwie przeszedłem do dalszej lektury, pasażerów zelektryzowała niespodziewana kontrola biletów. Już na samym wstępie ofiarą kanara stał się chłopak stojący obok mnie. Wsiadł już z dziesięć minut wcześniej, ale próbował wmówić kontrolerowi, że nie zdążył wyjąć biletu. Dyskusja prowadzona coraz bardziej podniesionym głosem, na granicy krzyku, zamieniła się stopniowo w pyskówkę, do której przyłączali się kolejni pasażerowie. W pewnym momencie kanar popełnił kardynalny błąd. W chwili ciszy, po kolejnej przysiędze chłopaka, że w tłoku nie zdążył skasować biletu, kontroler zapytał tak ,że wszyscy go słyszeli:”Czy ja wyglądam na głupka?”.Odpowiedział mu chór zgodnych głosów:”Taak”. I w ten sposób oszust stał się moralnym zwycięzcą. Co prawda został spisany, ale mógł triumfować, bo dzięki nieustępliwości , pognębił swego wroga. Wciągnął go na teren , na którym tamten był jak dziecko we mgle.

    Teraz z innej beczki, ale a`propos sygnalizowanej wcześniej siły wzroku. Kilkanaście lat temu będąc we Władysławowie na wczasach, spostrzegłem na skrzyżowaniu głównych ulic miasteczka, swojego byłego ucznia ze szkoły podstawowej w Łodzi. Skończył naukę  w mojej szkole jakieś 2 lata wcześniej. Teraz stał po drugiej stronie jezdni i jakby ściągnięty siłą mojego spojrzenia , przeszedł ulicą , zbliżył się do mnie i powiedział:”Przepraszam, która godzina?” Ja mu nato, bo jestem zwolennikiem poprawnych form i grzeczności na co dzień- „A Dzień dobry, to nie łaska?” Powiedziałem to tak zdecydowanym głosem,że chłopak stojąc prawie na baczność natychmiast odpowiedział na moje życzenie :”Dzień dobry”. Przyjrzałem mu się bliżej. Był wyraźnie zmieszany i wystraszony. Rozglądał się trwożnie, jakby szukał pomocy u przechodniów. Nieco zwątpiłem. Postanowiłem wyjaśnić sprawę do końca. Zapytałem, czy mnie pamięta. Odpowiedział, że nie, ale szybko się zabezpieczył i dodał, że kogoś mu przypominam. Zastanowiłem się , czy aż tak się zmieniłem w ciągu 2 lat?. Brnąłem dalej: „Czy nie uczyłem cię kiedyś w szkole podstawowej nr 53?” Na to on:” U nas w Łukowie jest tylko kilka podstawówek”. Zrozumiałem pomyłkę. Przeprosiłem i szybko oddaliłem się z miejsca mojego niedoszłego , pedagogicznego triumfu. Później wytłumaczyłem sobie, że Hitler też miał kilku swoich sobowtórów. Ludzie bywają podobni do siebie, jak dwie krople wody, ale najważniejsze ,że mam jakieś magnesy w oczach. Przećwiczyłem je na dziewczynach. Ilekroć wpatruję  się intensywnie w jakąś zgrabniochę, albo pięknotkę, zawsze się obejrzy i odnajdzie mnie wzrokiem. Mam w tej dziedzinie stuprocentową skuteczność. Szkoda,że tylko w tym.

skomentuj (1)

KWAŚNA DUPA 2007-10-04 22:12:10

Po takim tytule, już w pierwszym zdaniu powinna nastąpić eksplozja.Zasada budowania napięcia wymagałaby tego, ale uważam ,że byłoby w złym guście łączyć tytułową dupę z eksplozją.Po drugie, po równie efektownym początku, napięcie siłą rzeczy-mogłoby tylko spadać.Tymczasem koniec powinien być  co najmniej równie ciekawy, jak pierwsze wersy.Poza tym muszę się samoograniczać, bo i tak zbyt dużo u mnie dygresji.Zacznę zatem od konwencjonalnego opisu. We wsi moich dziadków, w której spędzałem co roku w dzieciństwie i wczesnej młodości minimum miesiąc wakacji, mieszkała dziwna para.On nazywany panem Kazimierzem, o imponujacym wzroście i potężnym nosie, dostojnym krokiem przechadzał się w towarzystwie o dwie głowy niższej żony-pani Zofii. Ta nie szła obok niego, tylko drobiąc nogami obiegała go to z jednej, to z drugiej strony, jak owczarek pilnujący stada owiec.Była posiadaczką dosyć pospolitej urody.Niektórym podobała się.Dla mnie natomiast czegoś jej brakowało.Miała jakąś nieuchwytną skazę, powodującą ,że nie wyglądała na taką , co proch wymyśli.Nawet tysiąc lat po Chińczykach. Mimo to, potrafiła intuicyjnie stworzyć strategię całkowitego zdominowania męża.Pan Kazimierz był księgowym w Gminnej Spółdzielni.Zarabiał, jak na tamte czasy nieźle.Wszyscy zazdrościli mu dochodów.Jego małżonka nigdy nie musiała pracować, a i tak bełkot byle pijaka,osiłka operującego nie słowem lecz czymś nieokreślonym, znaczył dla niej więcej, niż zdanie męża.Gdy spotkała kogoś z miejscowej elity:nauczyciela, kierownika domu kultury, była pełna euforii.Zachwycała się ich mądrością, jakby podejrzewając , iż ich najbardziej banalne wypowiedzi typu:"Jaki piękny dzień dzisiaj mamy.." kryły niesłychanie głębokie, albo podwójne znaczenie.Dziwiła się temu,że jej mąż jeszcze tego nie zauważył.Chłop pod jej spojrzeniem tylko mrużył oczy i delikatnie się uśmiechał.Nie krzyczała, tylko syczała na niego, jak żmija pochłaniając go żywcem przez wiele lat.Wydawało się,że hipnotyzuje go tym sykiem i spojrzeniem.Ciągle była z niego niezadowolona. A to nie zabawia innych rozmową, a to za dużo gada.Gdy tylko odezwał się , zazwyczaj gasiła go uszczypliwą uwagą.Cała jej mądrość życiowa polegała na wykazywaniu wyższości nad mężem.Przy tym własnego zdania na żaden temat nie miała.Nic nie wiedziała, dopóki mąż się nie wypowiedział.Wtedy uzmysławiała sobie na czym stoi.Była zawsze dokładnie przeciwnego, niż on zdania.Własnej koncepcji nie miała, za to taka swoista antykoncepcja wychodziła jej doskonale.Może dlatego nie mieli dzieci. Pewna kobieta ze wsi znana z uszczypliwego języka i umiejętności syntetycznego ujmowania zjawisk( powiedzmy wprost-moja babcia)przysłuchując się komentarzom opisywanej osoby,skwitowała jej ciągłe niezadowolenie z męża i z życia, utyskiwania, kwaśne miny,jakie strzelała na jego uwagi, określając ją krótko i po żołniersku:"kwaśna dupa".I tak juz pozostało.Gdy baba, niczym ta z bajki o rybaku i złotej rybce, nadchodziła, wszyscy mówili:"Kwaśna Dupa idzie" i szykowali się na igrzyska.Ta nie wyczuwała kpin , czy ironii ze strony widowni i wychodziła naprzeciw społecznemu zapotrzebowaniu. Zawsze zwarta i gotowa do tresury mężczyzny swego życia.Miejscowe przygłupy pretendujące do roli samca alfa, też dokładały swoje.Pan Kazimierz nie odpowiadał na ich zaczepki, rozumując rozsądnie, że z koniem nie warto się kopać. Jedyne, co mogło w nim drażnić, to zamiłowanie do staropolszczyzny.Często używał słów nieadekwatnych do sytuacji.Sam był jakby nie z tego świata.Kiedyś w sklepie, który jak to na wsi ,stanowił miejsce wymiany informacji i aktualnych plotek, wtrącił się do rozmowy klientki ze sklepową o młodym małżeństwie, w którym żona zdradzała męża.Kobiety nie kryły swego oburzenia, on natomiast próbował tłumaczyć niewierną mówiąc:"Jest młoda i płocha".Słowo płocha niezmiernie mnie ubawiło.W tamtych czasach (połowa lat 70) nie używano co prawda w miejscach publicznych wulgaryzmów, i nie do pomyślenia było , by ktoś powiedział w obecności postronnych osób, to co dzisiaj nie jest niczym nadzwyczajnym,że np. "Foczka wali się po kątach"*, jednak płochość określająca przyczynę zdrady-w sytuacji, gdy przed chwilą można było usłyszeć zdrowy  wiejski język-trochę śmieszyła. Może prawdą było to,co ludzie mówili,że był "przedwojennym hrabią"?Więc noblesse oblige w słowach,gestach i czynach?Kto wie, czy nie mieli racji?Pan Kazimierz zazwyczaj wyciszony i ,że tak powiem ,umiarkowany we wszystkim, ożywiał się bardzo ,gdy mówiono o koniach.Podobno w każdej wolnej chwili jeździł do państwowej stadniny koni angielskich, czy arabskich, oddalonej od jego wsi o kilkadziesiąt kilometrów.Na pewno był największym znawcą wierzchowców, a i pociągowych w okolicy.Wyobraźnia podpowiadała mi obraz spauperyzowanego arystokraty, zachowującego nawyki i zainteresowania z poprzedniego wcielenia. Do tego image nie pasowała mi jedynie niesłychana oszczędność "hrabiego".Tylko raz widziałem go wyprowadzonego z równowagi-gdy miotał się po wsi szukając osoby odpowiedzialnej za to, że nie wygaszono w dzień kilku lamp rozświetlających z zasady tylko mroki nocy.Warczał:"Ciemnota!Jak zapłaci z własnej kieszeni, to nie będzie miała takiego gestu". Po przeanalizowaniu tego, co napisałem wyżej, wycofuję sie ze słów o niesłychanej oszczędności.Dopiero po przelaniu myśli na papier, uświadomiłem sobie, że to raczej niezgoda na marnotrawstwo.Przykładów hojności księgowego z GS-su nie przypominam sobie,ale żeby był kutwą,też nie pamiętam. Pan Kazimierz nigdy nie skarżył się, ani nie zareagował na oczywiste, rzucające się w oczy "kulturalne"chamstwo swej żony.Pewnie, gdyby prasnął ją parę razy o ścianę, znałaby swoje miejsce w szyku.Kumulował w sobie złą energię.Gdy go parę razy spotkałem w sytuacjach żenujących nawet dla mnie, jako świadka jego niedoli, wydawało mi się, że drzemie w nim powoli rodząca się zbrodnia, że przynajmniej odpłaci swej gnębicielce np. zdradzając ją z kobietami, z których niejedna mu współczuła i uważała za bardzo wartościowego człowieka.Był jednak wzorem chrześcijanina, wierność przysiędze i zasadom nie pozwoliły mu zrobić nic szalonego.Dźwigał swój krzyż cierpliwie.Szczęśliwego zakończenia zatem nie było.Chłop baby nie zaciukał siekierą.Sam się powiesił. Były kłopoty z pochówkiem. Nieważne ,że człowiek uczciwy, wzór chrześcijańskich, czy nawet uniwersalnych cnót.Ostatni, ostateczny desperacki czyn przekreślił całe jego życie, przynajmniej według proboszcza. Masowy nacisk społeczny-znajomi zmarłego oblegali plebanię-spowodował,że znalazło się miejsce na grób nie koło cmentarnego śmietnika. W dłuższym okresie czasu sprawiedliwości stało się zadość.Pan Bóg nierychliwy , ale sprawiedliwy.Wdowa po panu Kazimierzu musiała podjąć pracę.Kłopotów ze znalezieniem takowej za komuny nie było,więc mimo tego, że nikt jej nie ułatwiał, znalazła.Jednak nie mając żadnych kwalifikacji,dostawała niską płacę, która przełożyła się na jeszcze niższą, wręcz głodową emeryturę.Zresztą, ile mogło się należeć,jeżeli Kwadu(tak by pewnie nazywano ją dzisiaj w SMS-owym stylu) przepracowała ledwie kilka lat.Przymierała głodem, a litości nie było.Wieś osądziła i pamiętała. Do tego Pan Bóg dał jej (ukarał ją?) długie życie. Po to chyba tylko, by mogła rozmyślać o tym, czy zasłużyła na takiego "mężczyznę swego życia".Myślę, że w jej przypadku, nawet Pan Bóg okazał się zbyt dużym optymistą. Charakter człowieka kształtuje się we wczesnej młodości, jeśli nie wręcz w dzieciństwie.Wdowa po panu Kazimierzu w chwili jego śmierci miała trochę ponad 50 lat, tytanem myśli też pewnie nie była,wiec coś w rodzaju poczucia winy czy skruchy w jej umyśle raczej nie zagościło. Jednak może sie mylę.Gdy zmarła , na jej pogrzebie jedyny raz w historii wsi ,nie było nikogo.Oprócz proboszcza i grabarzy.Może przedstawiciel Kościoła pojawił się nie z poczucia obowiązku, tylko wiedział o zmarłej więcej niż pozostali.Moze wyznała mu swoje grzechy i wyraziła szczerą chęć pokuty i naprawy, chociaż w tym przypadku stało się nieodwracalne? Albo powiedziała coś, co w zupełnie innym świetle stawiało całą sprawę?Ostatnio podczas wizyty na cmentarzu, na którym pochowani są moi dziadkowie, szukałem również grobów pana Kazimierza i jego żony.Grób pierwszego, mimo ,że wykonany z marnych materiałów- ciągle był zadbany, natomiast śladu po krzyżu ze skromną, metalową tabliczką na grobie wdowy po nim, brakowało.Kto opiekuje się miejscem wiecznego spoczynku "hrabiego"-nie wiem.Może dalecy krewni? Może jakiś miejscowy samarytanin?A może wbrew powszechnej opinii, znawca koni miał jednak pozamałżeńską przygodę? Wolne chwile spędzał nie w stadninie, lecz w objęciach kochanki, która urodziła mu dziecko, a ono będzie do końca swych dni pamiętać o niepoznanym ojcu? Może samobójstwo było konsekwencją zbyt rozbudowanego pojęcia grzechu i poczucia winy? Wolał uciec przed jednym grzechem, popełniając gorszy, ale z którego nie musiał się już spowiadać?Jego małżonka zasłużyła natomiast na swoje przezwisko dopiero po tym, gdy skrzywiła sobie charakter, nie mogąc mieć dzieci?Jej wredota nie była wrodzona, tylko nabyta?Obsuwanie się w malkontenctwo wynikało z nieszczęścia?Może ich małżeństwo nie było początkowo totalnym nieporozumieniem i sporym mezaliansem?Zdaje się, że nie pochodząc z tej samej sfery społecznej,różniąc się wykształceniem, mieli podobne zainteresowania, pasowali do siebie też pod innym względem.Co więc się stało, że tak zakończyli życie? Co z nich zostanie, gdy umrę ja i tajemniczy opiekun grobu? W dzisiejszym , szybkim świecie, ludzie nie mają czasu na zastanawianie się nad sobą.Tym bardziej, co obchodzić ich mogą obcy, a do tego zmarli?Liczy się użyteczność i umiejętność brania, nie refleksja.Pamięć po zmarłych "załatwiamy" stawiając na grobach granitowe płyty, które notabene Niemcy po następnym Blitzkriegu wykorzystają, jako nawierzchnię dróg trzeciej kolejności odśnieżania. W wyścigu po palmę "najbogatszego"grobowca uczestniczą nawet ci, którzy w swym życiu nie mieli porządnego zydla, czy przez całe dziesięciolecia nie malowali mieszkania.Wnoszę stąd ,iż istnieje u nas swoista cywilizacja śmierci, z którą Kościół katolicki w odniesieniu do innych aspektów współczesności tak walczy.Co zresztą po tych kosztownych, żeby nie powiedzieć komfortowych grobowcach,jeśli już w drugim lub trzecim pokoleniu najwięksi znawcy historii i ludzkich dokonań nie będą wiedzieli, kim był na przykład przywalony granitem ze złotymi literami Kukułka Zdzisław inż.?Przemkniemy wzrokiem po napisie, co najwyżej zastanawiając się, skąd węgierska maniera w kolejności imienia i nazwiska lub, czy w nazwisku nie ma błędu ortograficznego!A co mają zrobić ci, którzy nazywają się pospolicie i bez niespodzianek-Jan Kowalski?Mają sobie dodać na płycie, by było ciekawiej, pseudo "Hubal Junior" lub"Krzywy Wacek"? Gdy zabraknie bohaterów wojny , zrobią to zapewne kombatanci Solidarności, sugerując młodzieży, że to kolejne pokolenie bohaterów padłych w katowniach, tym razem SB.A ,że data śmierci takiego człowieka ze styropianu nie będzie zgadzać sie z czasem istnienia katowni? Młodych to nie wzruszy, ani nie zdziwi.Mają swoje gry komputerowe. *Całe zdanie usłyszane w autobusie miejskim z ust młodziana rozmawiającego z drugim koleżką o znanych im dziewczynach brzmiało:"Foczka wali się po kątach, aż trzepie płetwami"Oczywiście wcześniej "foczka" została wymieniona z imienia i nazwiska.Ogólny sens rozumiem.Tylko,co z tymi płetwami?

skomentuj (0)

MORĄG-BITWA GIGANTÓW 2007-07-24 23:43:21

Niemcy określiliby moje wyobrażenie o nim słowem Heimat. Mała ojczyzna , w przeciwieństwie do Vaterlandu, który jest czymś bardziej nieokreślonym, wzniosłym i na wyższym poziomie abstrakcji. Dla Vaterlandu warto dołączyć do stada i porykiwać z nim wytrwale to słowo tak długo, aż się ogłupieje i ruszy na podbój świata - by i inni wiedzieli,że to nie byle co, ów Vaterland- dopiero wtedy, gdy człowiek przypomni sobie różne przypadki z tego małego Heimatu.
Morąg dla mnie to wspomnienie piętrowych chmur przepływających nad miastem po burzy. Oświetlone od dołu promieniami słońca , tworzyły fantastyczne kształty baśniowych gór o czerwonawym zabarwieniu.
Miasteczko mego urodzenia to wyścigi patyków rzucanych do wody spływającej po deszczu rynsztokiem ulicy Kościuszki. Myślę ,że żadne gotowe zabawki nie sprawiły nikomu większej radości, niż te, które dostępne były dokoła całkowicie za darmo.
Morąg to opowieści o skarbach ukrytych w podziemiach krzyżackiego zamku i powtarzane co parę lat, nie wiadomo przez kogo, horrory o nieostrożnym chłopcu, który próbował dostać się do piwnic ruiny i został przysypany gruzem. Zanim go odnaleziono, pozostały po nim tylko kości obgryzione przez szczury.
Myślę, że wymyślili to dorośli, by dzieci nie zbliżały się do zniszczonego pod koniec II wojny swiatowej w pałacu Dohnów, zwanego przez większość mieszkańców "krzyżackim zamkiem ". Teraz wiem,że i takowy istniał, ale trochę wcześniej i w nieco innym miejscu. "Podobno" Krzyżacy zbudowali nawet tajemne przejście ze swojej fortecy do mniej więcej mojego bloku /typowej budowli z lat 60-tych XXw./ W związku z tym jako 8-latek intensywnie poszukiwałem ukrytego wejścia do lochu w piwnicy swego bloku. Opukałem wszystkie ściany, a nawet próbowałem wydłubać dłutem cegły, co zakończyło się mantem sprawionym mi przez ojca.
Małe mazurskie miasto miało swoje centrum w postaci skrzyżowania ulic Mickiewicza i 1 Maja, gdzie była jedyna w mieście księgarnia i murowany kiosk Ruchu, a przede wszystkim sklep "Jedynka". Można było w nim kupić takie skarby , jak pomarańcze zawijane w papierki z wizerunkiem konia lub egzotycznym krajobrazem. Dzieciom chyba bardziej chodziło o te kolorowe bibułki, niż o owoce, chociaż i one nie były czymś na co dzień dostępnym. Każde takie zawiniątko po wyprasowaniu żelazkiem dołączało do kolekcji. Chłopcy wymieniali się nimi i snuli fantazje o wszyskich pięknych miejscach, z których te cudowności zostały przywiezione. W "Jedynce " można było kupić wszystko : mydło i powidło, była swego rodzaju supermarketem. W jej pobliżu w czasach, kiedy zaczęły się kłopoty zaopatrzeniowe widziałem kiedyś mężczyznę kroczącego dumnie z wianuszkiem papieru toaletowego zawieszonym wokół szyi na sznurku pakowym. Pewnie czuł się jak zdobywca brylantowej kolii. Co ciekawe , żaden z przechodniów nie wytykał go palcem , ani nie śmiał się z dziwnego zjawiska. Wręcz przeciwnie, ludzie go zaczepiali i z podziwem dla jego umiejętności dopytywali się , gdzie udało mu się zdobyć taki rarytas. W tamtych czasach nie zawsze było nam do śmiechu, chociaż drobne sukcesy takie, jak upolowanie kilku rolek papieru toaletowego, cieszyły nie mniej niż dzisiaj zakup najbardziej "wypasionej bryki". Papier toaletowy, rozumiany jako papier wartościowy, to nie coś , co się po prostu kupowało w sklepie. To był przez długie okresy towar luksusowy. Zamiast niego używano papieru gazetowego pociętego w eleganckie listki. I to bynajmniej nie po to, by kontestować komunistyczne kłamstwa rozpowszechniane we wszystkich wydawnictwach prasowych. Żeby zakończyc motyw komuny i pastwienia się nad nią- co obecnie jest rzeczą przeprostą- jeszcze tylko wróżba na przyszłość. Czasy, w których komunopodobni będą mogli realnie myśleć o przejęciu władzy w Polsce nadejdą dopiero wtedy , gdy wymrą ostatni pamiętający ból tyłka wycieranego kawałkiem gazety. Wśród nich, szczególnie, pechowi posiadacze hemoroidów. Ci nigdy nie wybaczą.
W "City" w sobotnie wieczory i w niedziele można było zobaczyć spacerujące z matkami najpiękniejsze dziewczyny miasteczka. Ciekawe, czy i obecnie taka wieczorna passeggiata , kultywowana nadal w małych miejscowościach Italii ,ma w Morągu miejsce? Co te spacery znaczyły ? Czy były tylko przejawem zdrowego trybu życia, formą zażywania ruchu i umacniania więzi rodzinnych, czy też prezentacją panien na wydaniu? "Już jesteśmy gotowe, przyjrzyjcie się i kupujcie! Żebyście nie mieli złudzeń możecie też zobaczyć przyszłe teściowe. Nie mamy nic do ukrycia. To będzie transakcja wiązana - bierzecie dwupak albo nic. Nikt was nie chce oszukać"
W zasadzie znam odpowiedź na pierwsze z powyższych pytań. Świat idzie z postępem. Całe populacje uczą się i udoskonalają metody. W związku ze złą sławą , którą od niejakiego czasu cieszą się teściowe, dzisiaj panny pojawiają się same. Że niby obciach spacerować z mamą. Ta druga i tak zjawi się niespodziewanie tuż po ślubie.
W Morągu mieliśmy też bardziej wysublimowane rozrywki. Od czasu do czasu, raz na parę lat, trafiały się efektowne trupy. Kiedyś w mojej Szkole Podstawowej nr4 rozeszła się wieść, że do "trupiarni" przywieźli trzech zabitych w wypadku samochodowym taksówkarzy. Chłopcy zachęcali się do odwiedzin w prosektorium oddalonego od naszej budy o jakieś 300 m. Do dzisiaj pamiętam "wizualizację" efektu uderzenia szyi w kierownicę. Makabryczny widok, który mobilizuje mnie do zapinania pasów natychmiast po wejściu do samochodu. Zastanawiam się , jak to możliwe, że można było tak sobie ,przy niewielkim wysiłku i sprycie, wejść do prosektorium usytuowanego w przyszpitalnych garażach. Czy brakowało poważniejszych zabezpieczeń? Czy też mali chłopcy są jak pieski, które wszędzie wejdą, wszystko obwąchają, nia znają strachu i żadnych przeszkód? A jeszcze, jak jeden użyje wobec drugiego argumentu, który ruszy każdego prawdziwego mężczyznę : " A co , boisz się...?"
Hitem sezonu były parady oddziałów LWP stacjonujących w dużym miejscowym garnizonie. Kiedyś przez miasto przejechały nawet czołgi. To było coś. Tłum rzucał kwiaty na pancerze jak wyzwolicielom. Wydawało się, że nasi dopiero co wrócili ze zdobytego Berlina.
W 1968 drogami mojej krainy ciągnęły z Obwodu Kaliningradzkiego kolumny Armii Radzieckiej. Machałem rączką do jadących na ciężarówkach żołnierzy. Wtedy nie wiedziałem , że to okupanci nie tylko kraju Szwejka , ale i naszego. Czerwonoarmiści- w większości rezerwiści, jak przypuszczam, bo zdziwiłem się, że żołnierze są tacy grubi- handlowali wyposażeniem, wymieniając np. pas z sowiecką gwiazdą na 3 paczki papierosów. Transakcje nie były trudne nawet dla dzieci. Samochody co rusz sie psuły. Tłum je otaczał i zaczynały się targi. W tym czasie na ekranach nielicznych jeszcze telewizorów można było obejrzeć serial "Czterej pancerni i pies", więc każdy znał kilka kluczowych zwrotów typu :"Towariszcz-machniom?" Czterej pancerni i sabaka mieli tak dużą siłę rażenia, że prawie całe moje pokolenie żywiło sympatię do tzw. Ruskich, mimo tego , że to oni prawdopodobnie byli odpowiedzialni za czarną wołgę, która jakoby krążyła po mieście i zabierała z ulic dzieci przebywające na nich po zmroku. Swoją drogą fenomen czarnej wołgi wymagałby dogłębnych badań. Czy stworzyła go pamięć i wiedza o czornych woronach- duszegubkach, którymi stalinowscy oprawcy do połowy lat pięćdziesiątych tak długo krążyli po ulicach miast Kraju Rad, aż wykonali plan likwidacji wrogów ludu. Jeżeli takowych im brakowało , porywali niewinnych przechodniów. Później dopisywali tylko odpowiedni paragraf, wrzucali Iwana czy Wanię do pustej jeszcze przegródki "szpiedzy japońsko-mandżurscy" i człowieka nie było. Stąd też chyba pochodzą takie mądrości ludowe, jak :"nie ma niewinnych ludzi" i" na każdą dupę znajdzie się jakiś bat" By zakończyć fragment z prehistorii, wspomnę jeszcze o Murzynie, który któregoś dnia wysiadł z pociągu na naszej stacji kolejowej. Pytał o adres dziewczyny poznanej na studiach. Natychmiast skupiła się wokół niego gromada ludzi chętnych do wyjaśnień. Wszyscy oni, plus spotkani po drodze, odprowadzili mieszkańca Czarnego Lądu pod wskazany adres. Dla nich było to zjawisko w rodzaju cielaka o dwóch głowach lub innego przypadku z gabinetu osobliwości. Dzieciaki przeżywały ucieleśnienie Murzynka Bambo. Pierwszy kolorowy widziany na własne oczy. Cała sytuacja przypominała- wypisz wymaluj-znany motyw z filmów fabularnych i dokumentalnych- przyjazd białych podróżników lub misjonarzy do zapadłej wiochy interioru Afryki lub Borneo. Radośni tubylcy tańczą , skaczą, plotą coś w niezrozumiałym języku, popisują się swoimi sztuczkami, pełni dobrej woli wyjmują z nosów kościane ozdoby, aby podzielić się nimi z przybyszami. co niektórzy moczą paluchy śliną i próbują dyskretnie zmazać biały barwnik z twarzy przyjezdnych. Gdy ci zaczynają rozdawać cukierki, euforia osiąga apogeum. Co tu dużo gadać: też skakałem wokół przybysza w tłumie tubylców. Nawet pognałem do kolegi , by go powiadomić o sensacji dnia. Na moje krzyki: "Murzyn, Murzyn przyjechał!" kolega wypadł z domu i też koniecznie chciał zobaczyc zamorskie dziwo. Ale nie załapał się . Afrykanin skrył się w domu dziewczyny. Kumpel później tak długo warował w jego okolicy, aż doczekał się widoku uśmiechniętej twarzy studenta z egzotycznego kraju. Moja mama poinformowana, kogo widziałewm z powątpiewaniem w głosie skwitowała moje przeżycia ;"E tam, Murzyn. Skąd u nas taki? Pewnie to tylko jakiś porządnie opalony".
Taka była kraina mojego szczęśliwego dzieciństwa. Akcent stawiam na słowo "była".
W 1995 roku trafiłem do Morąga, jako opiekun obozu młodzieżowego. Bardzo podobał mi się nieśpieszny rytm życia małego miasteczka. Wakacje, ludzi na ulicach niewielu. Nie zauważyłem zbyt dużych zmian po 20 latach , jakie minęły od czasu, kiedy się stąd wyprowadziłem. Zaczęto kłaść kostkę brukową, wymieniając zniszczone poniemieckie płyty chodnikowe. Pomalowano fasady domów. Miasto rozrosło się na tzw. Zatorze. Przybyło zieleni, odbudowano wreszcie Pałac Dohnów. Byłem dumny ze swojego miasta. Zwiedzając je, pokazywałem obozowiczom z Łodzi obiekty starsze od najstarszych łódzkich zabytków o prawie 500 lat. Ucząc na dobrym przykładzie i pacyfikując dosyć niesforną grupę zwracałem uwagę na wewnętrzny spokój i pogodę ducha miejscowych.
Moja duma osiągnęła szczyt , gdy drużyna naszego obozu, ze mną na czele, przegrała mecz piłki nożnej z morążanami, nie dość,że przeciętnie niższymi od nas o głowę, to jeszcze grającymi w osłabieniu. Mieli dwóch zawodników mniej od nas. Przy czym nie byłem V kolumną w szeregach łodzian. Starałem się jak mogłem. Niedożywione karakany zabiegały nas. Po meczu utożsamiałem się z miejscowymi , mówiąc swoim :"tak się gra w Morągu.Huragan górą!" Później , na odjezdnym okazało się ,że młodzież miasta włókniarzy odreagowała, mażąc na ścianach pensjonatu, w którym kwaterowaliśmy, napisy typu: "ŁKS- Limanka", "RTS King", w zależności od sympatii okazywanej danemu klubowi.
Dwa dni przed końcem turnusu obozowicze namówili kierownictwo na dyskotekę odbywającą się w kawiarni " na mieście". Miała być czadowa. Myślę, że bardziej chodziło :chłopakom o miejscowe dziewczyny, a dziewczynom o pogromców naszej drużyny. Zawsze to jakaś egzotyka. Padło na mnie. Znałem teren, więc miałem iść z chętnymi do lokalu na drugim końcu miasteczka. Zabawa rzeczywiście była udana. W świetle wirującej kuli stroboskopowej panny z Morąga wydały mi się nadzwyczaj atrakcyjne. Zdaje się ,że kondensat piękna nie spaceruje już głównymi ulicami, lecz gromadzi się, bez udziału przyszłych teściowych , w pobliżu jaskiń rozrywki. We wszechogarniającym hałasie próbowałem konwersować, ale nie udało mi się nawiązać rozmowy. W dyskotece elokwencja przegrywa w walce z tańcem. A w tym jestem, mniej więcej, jak królewna z drewna. W takich miejscach znajomość teorii względnośći nie pomoże w rozgrywce z byle byczkiem potrafiącym rytmicznie dygać i trząchać łbem.
W pewnym momencie podeszło do mnie dwóch chłopców z mojej grupy. Stwierdzili, że dyskoteka jest lepsza, niż w naszym obozie, ale lepiej by było, gdybyśmy z niej wyszli, bo chłopaki z Morąga zapowiedzieli, że sprawią nam łomot.Zapytałem czy wiedzą dlaczego. Jak się okazało, morążanie w trakcie przyjaznej rozmowy, parę minut wcześniej, dali do zrozumienia, że to taka miejscowa tradycja-biją wszystkich przyjezdnych.Osobiście do nas nic nie mieli.
I tu wykazałem się przezornością i dużym zmysłem taktycznym. Kazałem moim , by nie zwracając niczyjej uwagi, spokojnie, po kilku wychodzili z lokalu i gromadzili się kilkadziesiąt metrów dalej, koło poczty, z tego, co pamiętałem, oświetlonej paroma latarniami. Gdy upewniłem się,żę nikogo z naszych nie ma już we wnętrzu kawiarni, dołączyłem do zebranej przed pocztą młodzieży. Byłem zadowolony z siebie, z tego, że tak sprytnie wyprowadziłem "ziomali" w pole. Na wszelki wypadek próbowałem jeszcze dodzwonić się z automatu przy poczcie na policję. Niestety telefon nie działał. Ruszyliśmy w stronę centrum. Nagle zza krzaków parku miejskiego wychyliła się grupa około 30 drabów. No, może, gdyby ich dobrze policzyć, było ich z piętnastu. Od, na oko, 14 po 40-latka. Półmrok i cienie demonizowały ich wygląd. Wydawało się ,że to bandycka elita Warmii i Mazur wspierana przez bohaterów podziemia rodem z horrorów. Intensywnie myślałem nad sposobem ocalenia powierzonej mi grupy. Burza myśli przelatywała mi przez głowę. Musiałem zrehabilitować się za -jak mniemałem- chwilową porażkę taktyczną. Krzyknąłem :"Dziewczyny do środka, chłopaki na zewnątrz! Przebijemy się do posterunku policji !". Świtała mi myśl, że wzorem Cezara, Trajana i innych wielkich wodzów wyprowadzę swoich ludzi z okrążenia w szyku zwanym "żółw". Chciałem się nawet popisać znajomością łacińskiej nazwy tego ugrupowania, jednak nie zdążyłem. Moja koncepcja wzięła w łeb już na samym wstępie. Miejscowi złamali reguły gry. Chyba nie oglądali amerykańskich filmów , gdzie tubylcy : czy to Indianie, Wietnamczycy, czy Arabowie lub starożytni Egipcjanie zawsze przegrywają z fajnymi facetami. Zamiast krążyć z wyciem dokoła naszego ugrupowania i narażać się na celne ciosy z naszych rąk i nóg, oddali salwę butelkami po piwie (niewątpliwie pustymi) i ruszyli ławą w naszym kierunku. Zorientowałem się, że zostałem sam z dziewczynami. Te zachowały się godnie. Nie uciekły, nie błagały o litość. Chłopcy rozpłynęli się w ułamku sekundy w mroku. Napastnicy pognali z rykiem ich śladem. Nie zdążyłem nawet zareagować i rzucić się za nimi. Oczywiście po to , by zapędzić ich z powrotem do bitwy.
Największą hańbę przeżyłem w chwilę później. Gdy maszerowałem z dziewczynami w stronę "City" , gdzie było więcej latarni ulicznych i posterunek policji, z krzaczunów wylazła jakaś pokraka-przyglądałem się, czy nie dzierży w łapie skalpu- i świdrując kaprawymi oczyma naszą grupę, stwierdziła:"Dziewczyn nie bijemy". W pierwszej chwili chciałem zaprotestować. Był tu jednak przecież jakiś mężczyzna. Ba, nawet zastanawiałem się nad wyzwaniem pokraki na pojedynek śmiertelny. Jagiełło pod Grunwaldem też przecież obalił von Kikeritza własną ręką. Szybko jednak zreflektowałem się. W gęstwinie mógł czaić się spóźniony odwód.
I w ten sposób cali i zdrowi dotarliśmy na komendę policji.Byli już tam od paru minut prawie wszyscy męscy uczestnicy feralnej wyprawy. Brakowało tylko dwóch. Szybko zadzwoniliśmy do pensjonatu przy stadionie Huraganu. Uciekinierzy z pola bitwy już się tam pojawili, dobre 3 km od miejsca naszej klęski. Tylko jeden chłopak ucierpiał. Wyrywał szybko, ale obalił się na żywopłocie i dostał łańcuchem po plecach. Na szczęście zakończyło się tylko na sińcach. Swoją drogą ,co to za ludzie,którzy na dyskotekę chodzą z łańcuchami? Czy mieli je za uniwersalną i ponadczasową Wunderwaffe, z którą nie rozstawali się idąc nawet do wygódki, niczym rewolwerowcy ze swymi coltami?
Podsumowując, mimo dużego teoretycznego przygotowania nie sprawdziłem się w roli głównodowodzącego. Akcja była zbyt dynamiczna. nie było czasu ani na pertraktacje , ani na modyfikację planów. Chociaż manewr z ucieczką części sił, był-trzeba to bezstronnie przyznać- genialny. Odciągnął siły przeciwnika. Można powiedzieć, że był zgodny z moim zamysłem. Cel osiągnęliśmy. Wycofaliśmy się , w warunkach przewagi wroga, prawie bez strat. Czyli jednak mógłbym się nazwać Jagiełłą naszych czasów. Ze wzgłędu na wrodzoną skromność , nie zrobię tego jednak. W pojedynku Morąg-Łódź nie było 2:0. Park miejski nie okazał się dla nas tym, czym Las Teutoburski stał się dla legionów Warusa.
Policjantom sugerowaliśmy natychmiastowy wyjazd do kawiarni, ale ci stwierdzili, że jedyny sprawny samochód jest "na interwencji" w sąsiedniej miejscowośći. Dopiero następnego dnia policjanci wzięli do radiowozu kilu ochotników i kazali im wyszukiwać na ulicach naszych prześladowców. Oczywiście to była bzdura. Jak wyjaśniły nam panie z pensjonatu, stróże prawa nie pierwszy raz czynili pozorowane działania z poszukiwaniem przestępców. Wszyscy w mieście wiedzieli, że to dzieci miejscowych bonzów tak się zabawiają, więc lepiej było nie nadepnąć nikomu na odcisk i nie złapać sprawców. Co na to lokalna społeczność? Ta milcząca większość zmuszana do barykadowania się wieczorami we własnych domach. Czy wzięła kiedyś sprawę we własne ręce? Jak na Dzikim Zachodzie, gdzie państwo bylo daleko, a szeryf okazał się zezowatą ciamajdą z początkami delirki.
Tak więc moje wyobrażenie o Morągu pod tytułem :"Wsi spokojna, wsi szczęśliwa" legło w gruzach. Co było przyczyną takich zachowań? Może to, co starożytni nazywali:genius loci-duch miejsca? Przecież pierwotni mieszkańcy tej krainy-Prusowie -św.Wojciecha też potraktowali włócznią i toporem. Oni mogliby przynajmniej utrzymywać, że miało to jakiś ukryty sens. Bez ich wkładu Wojciech nie zostałby świętym. Krzyżacy zbyt gościnni również chyba nie byli. Pod Grunwaldem, świntuchy, nie witali naszych chlebem i solą, lecz dwoma mieczami, do tego obnażonymi. A może , gdy nie ma racjonalnego w takich przypadkach wytłumaczenia, chodzi, jak wszędzie i zawsze, o kobiety? Pewnie chłopaki powróciwszy z "bitwy" opowiadali zachwyconym panienkom o swych przewagach. W ich wersji miało to wyglądać na rycerskie utarczki i urosło do rangi zmagań gigantów. Na bazie tych opowieści, laski oszołomione tężyzną i odwagą swych mężczyzn dały się bez trudu wyrwać z dyskoteki.
I taka jest pewnie prawda o "bitwie pod dyskoteką" A.D.1995 w Morągu.
Gdybym był złośliwy, o co mnie niesłusznie oskarża żona, to porównałbym całą sytuację do tego , co się dzieje na plaży zajętej przez lwy morskie. Jeden dominujący samiec monopolizuje wszystkie samice w okolicy. Gdy pojawi się pretendent chcący zmierzyć się z królem plaży , odbywa się krótka zacięta walka, w której zazwyczaj dotychczasowy władca zwycięża i wszystko powraca do normy. Wiadomo kto rządzi. On zostaje ojcem wszystkich młodych urodzonych w tym roku. W opisywanym przypadku z Morąga, miejscowi bywalcy dyskoteki byli takim zbiorowym samcem, my natomiast przegnanym pretendentem. Monopol został utrzymany. Oczywiście taka teoria nie pasuje do ludzi, jest zbyt prymitywna, więc przytaczam ją tylko jako ciekawostkę. Ludzie to nie jakieś durne foki.
Z nostalgii za krajem dzieciństwa nie zostałem uleczony, ale spotkania kombatantów, w rodzaju tego na Westerplatte, gdzie bratali się nieliczni żyjący obrońcy polskiej strażnicy z niemieckimi napastnikami, nie przewiduję. Może teraz ci drudzy wyglądają, jak pogodne dziadki, których jedynym zajęciem jest czytanie wnusiom bajek z głęboko humanistycznym przesłaniem, ale w tzw. międzyczasie to oni, jako młodzi faszyśći, spalili pół Europy.

skomentuj (1)

SPRAWIEDLIWY MĄŻ dn.28.06.2007r. 2007-06-28 13:55:07 2007-07-11 14:10:19

Ostatnio w zdumieniu wysłuchałem dyskusji na temat propozycji konfiskaty samochodu za jazdę po spożyciu alkoholu. Nie,żeby pomysł nie spodobał się. Jestem zdecydownie za. Zaskoczyło mnie coś innego. To mianowicie, że natychmiast znalazł się poseł /nie usłyszałem jego nazwiska/, który zaproponował poprawkę, by nie zabierano aut kosztujących więcej, niż 100 tys. złotych, że niby kara byłaby zbyt dolegliwa. Rozumiem, że ów sprawiedliwy mąż należy do grupy ,która lubi spożyć, a jednocześnie jest bardzo przywiązana do swoich drogich limuzyn. Bardziej , niż do życia cudzych dzieci- nadziei swoich rodziców, młodych kobiet u progu kariery, czy staruszków, którzy mogliby spokojnie umrzeć we własnych łóżkach. Taki - patrząc głęboko w oczy i mówiąc:"Jak Boga kocham"- oszwabi człowieka bez większych skrupułów. Nie drgnie mu nawet jeden mięsień w twarzy. Byłby dobry w pokera. Ale dlaczego wybieramy go na naszego reprezentanta ? Może dlatego, że jest przekonujący w każdej dziedzinie ? Zainwestowł w siebie. Nauczony przez specjalistów od wizerunku, potrafi nawet sterować szerokością swoich źrenic, tak,że każdemu jego rozmówcy wydaje się,że jest kochany. A może dlatego, że wszyscy średnio biorąc tacy jesteśmy ? Jakie społeczeństwo, tacy politycy ? Niemożliwe przecież, by w polityce wyżywała się nadreprezentacja niegodziwców, dziwaków, nieudaczników, pijaków i wszelkiej maści cwaniaczków. Skąd więc tacy się biorą ? Wyobrażam sobie jedyne w swoim rodzaju widowisko, gdy młodzi adepci, próbujący dopiero zacząć karierę, nadskakują starym tuzom, noszą za nimi papiery, wycierają pył sprzed ich stóp. Myślę, że podobne scenki da się zauważyć w tym środowisku znacznie częściej, niż np. w firmach, korporacjach międzynarodowych, czy w zwykłym życiu. Gdy zatem młoda nadzieja partii niepostrzeżenie wejdzie w wiek średni, a w międzyczasie złamie sobie kręgosłup moralny, pozbędzie się wstydu i gdy jest już ,jak ujeżdżona dziwka, której niestraszny żaden numer, wtedy dopiero staje się prawie pełnoprawnym homo politicus. Musi jeszcze tylko zdać coś w rodzaju majstersztyku, jak w średniowiecznym cechu. Egzamin mistrzowski polega na przekonaniu ogłupiałego narodu do jakiegoś ponadnormatywnego głupstwa. Jeżeli potem w sondażach poparcie nie spadnie poniżej przyzwoitego poziomu 10%, to można pogratulować. Przymiotnik "przyzwoity" ma zresztą w świecie polityki zastosowanie jedynie w tym jednym jedynym przypadku. Użyty w innym kontekście jest obrazą, eliminuje z grona złotoustych. Cech politycznych oszustów,tak, jak średniowieczna korporacja zawodowa, strzeże standartów, trudno się do niego dostać. Ale, gdy się już w nim jest, to wspomoże w razie nieszczęścia, obroni przed biedą, nakarmi wdowę, da dobre wykształcenie i pracę dzieciom. Teraz jest nawet łatwiej, bo są telefony /darmowe/, spółki skarbu państwa, lobbyści i brak konkurencji w postaci szlachty i rozrodzonej rodziny królewskiej. Politycy muszą mieć ubaw, gdy widzą, że lud dał się wciągnąć w rozgrywkę, że wierzy, iż igrzyska są uczciwe, a walki nie ustawione. Mimo tymczasowego przydziału do różnych koterii, strzegą wspólnego interesu, by żadnemu nie stała się krzywda. Nawet wtedy, gdy któryś złamie zmowę milczenia, albo , gdy tylko z wrodzonej przekory nie zgodzi się na jakiś większy przekręt, nikt mu zaraz nie wkłada nóg w cementowe buciki, ani nie podrzuca do łóżka głowy ulubionego konia. To nie włoska mafia, gdzie dla ludzi honoru liczy się przede wszystkim lojalność i omerta. U nas bierze się poprawkę na słabość Józka do paplania trzy po trzy na każdy temat i na to, że każdy lubi wypić. A jak już się coś łyknie, jak prawdziwy chłop z jajami, to dlaczego by nie pojeździć ? Po coś się wreszcie te bryki powyżej 100tys. kupiło.No, i żeby je od razu zabierać! Niech plebs się martwi,że straci swoje fiaciki, czy skody za jazdę po pijaku. Powszechne reguły obowiązują maluczkich. Polityk ma przywilej stanowy. I tu dopiero widać , jak bardzo stary Marks się mylił. Multidyscyplinarny doktor, gdyby się ogolił, byłby bardziej multimedialny i we współczesnym świecie też zrobiłby karierę. Z naszą polską rzeczywistością nie poradziłby sobie jednak. Jego prosty podział; najpierw był feudalizm, później kapitalizm, a na końcu socjalizm - najdoskonalszy z ustrojów, przeżył się. Nastąpił powrót do przeszłości. My cofamy się dalej niż inni i , niż ktokolwiek był w stanie przewidzieć : od socjalizmu do kapitalizmu, a w sferze przywileju grupowego do społeczeństwa stanowego, właściwego dla feudalizmu. W dziedzinie stosunków pracy powróciliśmy nawet do niewolnictwa. By ludzi pogodzić z takim stanem rzeczy, straszy się ich globalizacją, niczym w średniowieczu kara Bożą: dżumą lub najazdem Mongołów. Nie śmiałbym się jednak ze swojskiej przaśności i nadwiślanego sznytu naszych mafiozów - amatorów ze szczytów władzy. Widać, że szybko się uczą. Już teraz nie powtarzają błędów poprzedników. Nikt z nich nie powie: "Rząd wyżywi się sam". Niektórzy nawet czytają coś więcej, niż rankingi popularności i sondaże. Dlatego przy przyjęciu do swego grona nowego człowieka, na znak przynależności nie ciapią mu nożem palucha i nie każą zwracać się do siebie per "don", lecz po naszemu obłapiają go i po wypiciu kielicha pozwalają mu mówić do siebie: Olek, Zbyniu itp. Odbiegająca od polskiej normy oznaka mafijnej inicjacji rzucałaby się w oczy i natychmiast ujawniłaby istotę związku. Zresztą takie połączenie swojskiego Zbynia z sycylijskim don brzmiałoby absurdalnie. Jak artystyczny pseudonim romskiego szansonisty, niejakiego Don Wasyla, który wszakże, w przeciwieństwie do polityków, nie cygani i nie udaje, że na przykład gra na gitarce. Gdy zatem dopracują system i sformułują w najbliższych latach niepisany kodeks swego środowiska, który uniemożliwi podobne ekscesy, jak "józikowanie" przed Gudzowatym, to biada nam, zwykłym zjadaczom chleba. Nie starczy na podwyżki dla nauczycieli, nawet o 60 zł. Pielęgniarki będą musiały szukać dobrobytu w Anglii lub opiekując się w Niemczech starymi członkami Hitlerjugend. Jeśli jeszcze do tego klasa polityczna zdyscyplinuje naszych kapitalistów, jak Putin wziął w karby swoich, po akcjach z Bierezowskim i Jukosem, to będziemy mieli mafię w czystej postaci. A wtedy jedyna nadzieja w Chińczykach -kiedyś tu przyjdą i wszystko wyrównają. Wówczas będzie jednak za późno na cytowanie wieszcza: "Są w Ojczyźnie rachunki krzywd.Obca dłoń ich nie przekreśli". Za komuny wybuchy tzw. gniewu społecznego, przeciętnie biorąc co 10 lat sygnalizowały rządzącym, że brak już przyzwolenia na dalsze eksperymenty z żywą materią, na butę i niekompetencję. Dzisiejsi politycy skanalizowali ewentualne niezadowolenie, jak Tito w niegdysiejszej Jugosławii, umożliwiając malkontentom wyjazd za granicę, gdzie swoje zarobią i stracą zapał do zmian. Emigranci oglądając Ojczyznę z pewnej perspektywy i nie uczestnicząc w naszych codziennych błazeństwach, stają się sentymentalni i widzą jakieś plusy /ujemne - jak się wyraził klasyk, eks-prezydent Wałęsa/ naszej polityki. Chyba brakuje im w dobrze zorganizowanych społeczeństwach Zachodu, gdzie wszystko jest na czas i zgodnie z umową, bałaganu i improwizacji, w których niespodziewanie można złowić zdobycz, na jaką się nie liczyło i nie zasłużyło ciężką pracą czy wrodzonymi zdolnościami. Że, tak naprawdę, naszych polityków nic nie dzieli i nie różni, widać po takich przedstawicielach ich klasy, którzy zaliczyli bez żadnego zakłopotania i wstydu oraz bez większego zażenowania ze strony coraz to nowych partyjnych kolegów wszystkie istniejące ugrupowania, i którzy widzą się po tych wędrówkach również w partiach jeszcze nie powstałych, a które można wymyślić, by ów "ogłupiały naród", przyzwyczajony do konsumowania coraz to nowszej rozrywki, jeszcze bardziej skołować i wyprowadzić w pole./Trochę przydługie zdanie.Sam się w nim zagubiłem, ale nie chce mi się go poprawiać/ Od czasu PRL-u nic się nie zmieniło. Tam tow. Wiesław typował na działacza "bratniego" Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego na zasadzie, że Zdzisiu urodził się na wsi, to będzie udawał,że wie o co chodzi chłopom, a Romek pochodzi z inteligenckiej rodziny, to "podziała" w Stronnictwie Demokratycznym. Romkowi, czy Zdzisiowi też było obojętne, kogo nie reprezentują. Aby byli u żłobu. W najgorszym wypadku trafi się w odstawkę w ambasadory. Naród zaś jest rzeczywiście ogłupiały, bo gdyby było inaczej, to nigdy by już nie wybrał na swego przedstawiciela obrońcy wrażliwych właścicieli wozów powyżej 100 tys.* Tymczasem wybiera, jak wybrał tego- od niewinnego a wartego wiele milionów dodatku "lub czasopisma". *Właściciele takich zabawek zapłakaliby nad losem swoich maszyn, ale nie uroniliby łzy, gdyby rozjechali nimi staruszka, kobietę lub dziecko. Tacy najpierw sprawdzają, czy nie rozbili sobie lamp, a dopiero później zastanawiają się, czyj to bucik leży na jezdni. skomentuj (1) Księga Gości Archiwum 2007 czerwiec

skomentuj (1)

KOBIETA FIDELA dn.06.07.2007r. 2007-07-06 14:44:05

Mieszkanie w bloku to doświadczenie milionów. Obok niewątpliwych zalet, jak możliwość nawiązania bliskiego kontaktu z uniwersum poprzez drgające i wydające ciche pomruki rury kanalizacyjne i ciepłownicze, gdzieś tam w swym biegu zanurzone w Matce-Ziemi, pojawiają się też sytuacje, z których można się pośmiać oglądając komedie typu "Alternatywy 4", ale które w życiu codziennym mogą zniechęcić do rodzaju ludzkiego. Zawsze się trafi jakaś złota rączka, przekształcająca swoje M-3 w baśniową replikę Wersalu, albo wirtuoz-multiinstrumentalista, który-by utrzymać formę- cztery godziny dziennie przewietrza płuca dmąc we współczesny odpowiednik trąby jerychońskiej, lub przebiera paluszkami po klawiszach instrumentu , jakiego nawet Żydzi nie wymyśliliby dla pognębienia swoich wrogów. Ciekawy jest też miłośnik zdrowego obuwia, który jednakże ma kłopoty z prostatą ,więc w nocy zrywa się po kilkanaście razy z łóżka, by poczłapać w drewniakach do klozetu po swoich terakotowych płytkach, położonych na podłodze bez warstwy wygłuszającej. Można mu współczuć, tylko dlaczego każdy musi wiedzieć, że z łóżka ma do kibelka 23 kroki, a z fotela przed telewizorem 17? Dla sąsiadów pewnym plusem jego choroby jest to, że brak mu ciśnienia, zatem nie słychać odgłosów sikania. Gorzej, jeśli natrafi się na szamana woo-doo, który udawadniając ,że ma moc, i że nie wbija szpilek nadaremno, przypadkiem upuszcza za balustradę balkonu stalowy pilnik służący mu do oczyszczania z rdzy elementów owej balustrady. Narzędzie szybujące potem poza kontrolą z szybkością meteorytu, niestety nie spala się w atmosferze między 7 a 1 piętrem, tylko wali w głowę Pana spod Szóstki, podziwijącego akurat efekty wieloletnich zabiegów ogrodniczych, widocznych na przydomowych rabatach. Pan spod Szóstki też nie potrafi wczuć się w sytuację. Zamiast wczołgać się do domu, krwawi, wrzeszczy, macha rękoma.Wychyla się poza krawędz balkonu szukając wzrokiem miejsca,z którego lecą pilniki.Zachowuje się tak,jakby chciał żeby go dobić. Zawsze był jakiś dziwny. Psuje nastrój piątkowego wieczoru. Trochę życzliwości! I optymizmu. Przecież mógł wziąć na siebie skaczącego z dziesiątego piętra samobójcę. Niektóre z wysokich bloków przyciągają takich nieszczęśników, jak Golden Gate w San Francisco. Wcale niebagatelną sprawą jest też okazja poznania, niejako od kuchni, polskiego zwyczaju i tradycyjnej obrzędowości z tańcem, śpiewem i gonitwami biesiadników po klatce schodowej. Dzięki pełnej zaangażowania postawie uczestników kultowych imprez u pana Ryśka, znamy imiona i przezwiska całej jego nader rozmnożonej rodziny i nie mniej licznych znajomych. Człowiek zapomina o urodzinach żony, nie pamięta daty własnego ślubu, ale za to dokładnie wie , że pani Zdzisława 17 sierpnia o 21.30 śpiewa wraz z liczną kompanią ulubioną pieśń polskiego ludu-"Hej, sokoły!". Rozrzewniony pan Rysiek odpowiada na to z pewnym opóźnieniem o godzinie 22.20 intonując "Sto lat!" i jakby nie pamiętając, że to jego urodziny. Nieważne. Jego głos niesie się szybem wentylacyjnym po wszystkich piętrach tak, że kilkadziesiąt osób w bloku zauważa, iż pan Rysiek- mimo lekkiego przepicia- głos ma dźwięczny i wibrujący, niczym Jan Kiepura. Można mieć pewne zastrzeżenia jedynie do akustyki- na pewno nie jest to Opera Wiedeńska. Ale nic straconego. Gdy hulanka przeniesie się na balkon, wszyscy poznają pełnię talentu nowego chłopaka z Sosnowca, a poranne rosy potrafią lepiej wzmocnić głos, niż geniusz budowniczych teatru w Epidauros. Jedynie wyjątkowy malkontent i złośliwiec mógłby powiedzieć, że coś jest nie tak ze zrozumieniem pojęcia prywatności i ciszy nocnej. Tu mamy pełny pluralizm. Przymusu współuczestnictwa, choćby biernego, nie ma. Znając te raptem kilkanaście dat z powtarzalnego cyklu uroczystości u sąsiada z dołu, można przecież przedłużyć sobie urlop na Mazurach, iść do całonocnego kina, albo na przykład kupić flaszkę i przyłączyć się do biesiadników. Blok wykazuje pewne podobieństwo do pueblo. Musi być tam zatem również jakiś rodzimy Zorro. Specyficzną cechą naszej odmiany kalifornijskiego bojownika o wolność i sprawiedliwość jest to,że nie walczy on z niegodziwcami, tylko specjalizuje się jedynie w pozostawianiu swoich tajemnych znaków na ścianach klatek schodowych i dopiero co pomalowanych elewacjach budynku. U nas wszystko zmienia się w parodię i antytezę. Nie tylko działalność polityków. I w takim to środowisku poznałem moich rówieśników, którzy tworzyli bardzo przyjemną parę o efektownej urodzie, dużej kulturze i godną wszelkich pochwał jako niedokuczliwi sąsiedzi. Bardzo młodo dorobili się dziecka, które nazwali Róża. Dziewczynka, gdy szybko dorosła, nie była im chyba szczególnie wdzięczna za taki nomen, który potrafi zamienić się w omen. Gdy Rożyczka posunie się w latach , ludzie będą mówili o niej, że nie pomarszczyła się, lecz zwiędła. Niby to samo, ale gorzej się kojarzy. Poza tym , takich imion nie nadaje się już - co najmniej- od lat 60- tych, kiedy to w jednym z odcinków "Stawki większej niż życie" Kloss o mało nie zakończył kariery NKWDzisty w Cafe`Rose.Alina Janowska, tytułowa Rose, jako symbol seksapilu lat czterdziestych , była tak przekonywująca, że rodzice chcąc być nowocześni zaprzestali krzywdzić córki tym imieniem. Ale wracając do Róży z bloku- tylko ktoś o bardzo rozbudowanej wyobraźni mógłby dopatrzeć się w niej śladów urody. Myślę,że określenie jej słowem brzydula byłoby nadużyciem. Była paskudna. Patrząc na nią, odnosiło się wrażenie, że jej rodzinna tradycja to ciągle ponawiana, ale - jak dotąd - nieudana próba skrzesania ognia. A przecież rodziców miała bardzo urodziwych i wyedukowanych. Od małego wychowywana na telewizyjnej reklamie, uwierzyła,że jest połączeniem Pameli Andersson i Marii Curie. Takie dwa w jednym. Przyznam ,że z Pameli rzeczywiście coś miała- mianowicie dużo silikonu. Z naszej wielkiej uczonej natomiast tylko to, że wyglądała jak napromieniowana - świeciła się od nadmiaru błyszczyku, czy brokatu. O silikonie wiem, bo bez żenady opowiadała,że to jej tatko wymyślił i sfinansował wypełnienie tego, co przedtem nazywała biustem. Uroku nie dodawała jej duża przerwa między górnymi jedynkami, z czego prawdopodobnie nie zdawała sobie sprawy , bo bardzo często prezentowała promienny uśmiech. Swobodnie mogłaby zostać kobietą Fidela. Podawałaby mu w przerwie między zębami cygara do odpalenia. Nie brakowało jej natomiast pewności siebie. Z równym entuzjazmem zabierała głos w sprawie efektu cieplarnianego, jak i na temat sposobów mumifikacji zwłok Ramzesa II. Robiła to z takim przekonaniem, że i specjalista w danej dziedzinie nieszybko zorientowłby się,że to wszystko blaga, zmyślenie i chęć dodania sobie znaczenia. Ogólnie biorąc była pozytywną postacią. Najbardziej podobało mi się w niej to,że dużo czytała, w tym i poezję. Kto dzisiaj czyta poezję?! Jedynie tacy, co jakościowo nie różnią się zasadniczo od członków innej ciekawej sekty-zbieraczy monet. Tacy dziwacy mają swoje nisze, czają się w swoich katakumbach , systemem tajemnych znaków i pojęć odróżniają od profanów i eliminują obcych. W czasie bitwy o co ciekawsze okazy rozpoznają się po bojowym okrzyku :" znak mennicy warszawskiej pod nogą orła!" A zatem ona czytała wiersze mistrzów. Miała taką potrzebę! Może miała rozbudowaną duchowość? Siadała na balkonie i na głos uczyła się strof nie byle kogo , bo Rilkego. Swego czasu sam dałem się złapać na jej sztuczki. Wydawało mi się, że ma głęboką umysłowość, odwrotnie proporcjonalną do jej niepospolitego wyglądu. Zresztą do dzisiaj mam do niej ambiwalentny stosunek. Róża parę lat temu poznała chłopaka- Tomasza. Co do niego też miałem wątpliwości. Może nie był taki, na jakiego wyglądał. Zazwyczaj kroczył z miną idioty ,któremu wydaje się,że wie, co to zblazowanie. Gdyby mu dodać wąsik a`la wczesny Douglas Fairbanks, mógłby robić za włoskiego fryzjera. Skąd moje wątpliwości? Otóż Tomasz w towarzystwie zawzięcie milczał, jakby obawiał się chlapnąć coś nie tak. Przez tę swoją tajemniczość był na pewno interesującym młodzieńcem. Trudno powiedzieć jaka była jego inteligencja i edukacja. Za to podczas rozmowy z wdziękiem rozkładał się w fotelu w pozycji półleżącej i konsumował kilogramy fistaszków. Zawsze dziwiłem się,że się nie zadławił. Musiał mieć silne uzębienie. Jednk zaimponowałby mi dopiero wtedy, gdyby orzeszki zjadał razem ze skorupkami. O ile to, co nazwałem rozmową, potrwałoby z godzinę dłużej ,trzeba by wzywać specjalnie przeszkolone psy- bernardyny do poszukiwań ludzi pod zwałowiskami. Potrafił tak przetrwać bez ruchu 2 godziny. Róża i Tomasz dobrali się na zasadzie przeciwieństw, chociaż mieli też elementy wspólne. Jej cycki były sztywne od silikonu, jego włosy od brylantyny. Ona gaduła, on milczący. Ona ruchliwa, on jakiś ociężały. On w typie odtwórcy roli Zorro, ona podobna do starego Indianina przewijającego się w tle przygód mściciela z pueblo Los Angeles. Dlaczego piszę o nich w czasie przeszłym? Ponieważ od momentu , gdy jej starzy wyprowadzili się wraz z nią z bloku , w którym mieszkałem, a w którym pozostali moi rodzice, kontakt się urwał. Znajomi znajomych spotkali ją kiedyś w supermarkecie. Podobno doskonle sobie radzi. Studiuje z powodzeniem na prywatnej uczelni. Wręcz chwali się ,żę będzie robić doktorat. Jej mąż natomiast tworzy, jakoby, sieć sklepów międzynarodowej firmy i zarabia krocie. Może to i prawda. Takie połączenie wdzięku i szyku w stylu boskiego Douglasa oraz luzu /plus brylantyna/ wywiera na niektórych hipnotyzujący wpływ. Dla mnie są modelową parą, wzorcem, signum temporis naszej niesamowitej epoki, pełnej niespodziewanych zmian miejsc i dziwnych karier. Ale to już chyba też było. Vide: baśń o brzydkim kaczątku.

skomentuj (0)

CUD 14.09.2006 2006-10-18 20:25:42

Dawno temu jadąc tramwajem spostrzegłem parę- na oko- czterdziestolatków. Nie szli, nie biegli, tylko płynęli w powietrzu trzymając się za ręce, całkowicie wyobcowani, wpatrzeni w siebie, tak nieziemscy i nieprawdopodobni, że aż jęknąłem. Że nie było to złudzenie, gra moich zmysłów świadczyła reakcja współpasażerów, którzy wszyscy, jak jeden mąż skręcali głowy w kierunku dziwnego zjawiska, i którzy jednocześnie ze mną wydali z siebie przeciąły dźwięk ooO...! Para zakochanych zniknęła w drzwiach sklepu. W tramwaju wszyscy wrócili do rozmów na błahe tematy, do czytania gazet, bezmyślnego wpatrywania się w ludzi i w okropny świat za oknami. Wydawało się, że nic nie zaszło, że wszyscy natychmiast zapomnieli o zbiorowej hipnozie. Tylko, dlaczego ja- po z górą 20 latach- ciągle widzę zamglone szczęściem twarze i oczy owej kobiety i mężczyzny? Ciekawe, czy jeszcze ktoś ich wspomina? Czy jest to tak rzadkie przeżycie, że musi jedno starczyć na całe życie? Kim byli? Czy ta ulotna chwila też była jedynym w ich życiu momentem obcowania z absolutem, z czymś nieodgadnionym i niepojętym? Czy po dotarciu do domu zaczęli się kłócić o to, kto wyniesie śmieci do zsypu? Wierzę, że nie.

skomentuj (1)

MIŁOŚĆ KOTKA 11.09.2006 2006-10-17 23:00:40

Któregoś dnia w lipcu drzemałem na hamaku w ogrodzie. Nagle usłyszałem głos pełen tęsknoty, niesamowitej słodyczy i wołania o miłość. Wybudzony z letargu pomyślałem w pierwszej chwili, że to żona. Szybko jednak otrzeźwiałem. Tak naiwny przecież nie jestem. Gdy zgasła myśl o tym, że mojej połowicy hormony kazały odezwać się ludzkim głosem, domyśliłem się, że to kot. Nie byłem jedynie pewien, czy nasz. Poszedłem, a raczej zakradłem się w kierunku, z którego dochodziły wibrujące w powietrzu dźwięki. Zobaczyłem naszego Psotka stojącego z wygiętym grzbietem i wpatrującego się intensywnie w coś pod doglezją. Wyglądał tak, jakby przygotowywał się do walki. Po chwili znieruchomiał na przygiętych nogach. Nie poruszał nawet ogonem. Szerokim łukiem obszedł drzewo, pod którego nisko zwisającymi gałęziami był obiekt fascynacji naszego kota. Dostrzegłem inne zwierzę w postawie identycznej jak Psotek. Koty na zmianę, niekiedy jednocześnie, wydawały z siebie dźwięki przypominające pieśń miłosną. Robiły to w tak uniwersalny sposób, że sprowokowały psa sąsiada do przyłączenie się do ich duetu. Pies wył głosem przypominającym miałczenie kotów. Pierwszy raz słyszałem coś podobnego. Zamknąłem oczy i tylko słuchałem. Wyobraźnia tworzyła obrazy pięknej kotki-dziewczyny. Dobrze,że w pewnym momencie zwierzęta zamilkły. Dobrze- bo, gdybym tak dalej słuchał, jeszcze przyłączyłbym się do tria, albo, co gorsza, zwierzęta zaczarowałyby mnie i uwiodły głosem. Zamiast stać się- jak kiedyś marzyłem- zoologiem, , skończyłbym jako zoofil. Zobaczyłem Czarną Kotkę od Sąsiadów wychodzącą powoli spod drzewa i wpatrującą się w naszego pupila. Nie spuszczając z siebie wzroku zwierzęta przesunęły się kilka metrów dalej i położyły w trawie dotykając się prawie nosami. Leżąc nieruchomo, patrzyły sobie głęboko w oczy. Czy to wyczerpane wcześniejszymi pieśniami, czy to uznawszy, że prawdziwa miłość nie potrzebuje słów, drapieżniki leżały w milczeniu co najmniej godzinę. Później kotka powoli, ruchami pełnymi powabu i dostojeństwa, odprowadzana przez swego wielbiciela, przeszła do płotu sąsiada i przeskoczyła na swój teren. Psotek czekał przez chwilę, potem zbliżył się do mnie i zaczął ocierać się o moje nogi sugerując, że chce coś przekąsić. W tak trywialny sposób zakończyło się widowisko pełne niespotykanego na co dzień piękna, taka kocia Pieśń nad pieśniami, Mont Everest miłości. Nie mając nic innego do roboty, zacząłem porównywać zachowania kotów, czy ogólnie zwierząt z zachowaniem ludzi. Doszedłem do wniosku, że idealna para to taka, w której nie ma współzawodnictwa i walki o dominację, a to możliwe jest dopiero wtedy, gdy związek nie jest oparty na seksie. Nasz wykastrowany kotek wcześniej, przed nieszczęsnym zabiegiem, walczył zawzięcie z każdym(ą), kto wszedł na jego terytorium. Pozbawienie go funkcji rozrodczych uczyniło zeń nowego samca-niesamca, który o wiele bardziej podoba się wszystkim, niż wtedy, gdy był z niego macho fantastico. Czy kastracja to dobry sposób na to, by mężczyźni stali się w pełni akceptowanym przez płeć przeciwną gatunkiem człowieka? Chyba nie. Mężczyzna w znanej nam formie, ze wszystkim, jak należy ,też może być, o czym świadczy pełna determinacji i przeświadczenia o słuszności wybranej drogi, ale zakończona klęską walka kobiet z podziemnego państwa "Seksmisji" z dawnym światem, w którym mężczyźni symbolizowali wszystko, co złe, pokraczne i zwyrodniałe. Mężczyźni wygrali mimo całej swej śmieszności, bufonady, żałosnej niekompetencji i gruboskórności, bo posiadali coś, czego kobietom brakowało, a co zbliża- chociaż na chwilę- istoty tak bardzo różniące się od siebie i z innego świata, że niekiedy wydaje mi się, iż łatwiej byłoby trwale połączyć ze sobą np. wieloryba z gazelą. Wracając do naszych dachowców i moich odczuć, to takiego rozedrgania i emocji w głosie i postawie nie było mi dane słyszeć i widzieć w żadnym filmie, co chyba świadczy o triumfie natury nad wyobrażnią i dziełem człowieka.

skomentuj (0)

NIESZCZĘŚCIE PSOTKA 7.09.2006 2006-10-16 23:57:21

Z wyjazdu na wieś 2 lata temu przywiozłem kilkutygodniowego kotka. Już pierwsze dni pokazały, że charakterny z niego gościu. Gdy chciał jeść, potrafił wisieć minutę i dłużej wbity pazurami w blat stołu i obserwować co mu się szykuje do pożarcia. Z rana rzucał się na zamknięte drzwi naszej sypialni z taką siłą, że spodziewaliśmy się najgorszego, że za chwilę ktoś wedrze się do pokoju z okrzykiem "To jest napad". Oczywiście nowowstawione drzwi wyglądają tak, jakby były przeniesione do naszego domu z jakiejś rudery. Całe porysowane są pazurami. Gdy Psotka (tak nazwaliśmy rozrabiakę) zaczęliśmy wypuszczać do ogrodu, od razu chciał udowodnić wszystkim kotom nawiedzającym naszą działkę, że on tu rządzi. Nie bał się zmierzyc z dużymi kotami, które od zawsze oznaczały teren obsikując nasze drzewka. Doszło wreszcie do tragedii. W czasie walki z Czarnym Kocurem z Drugiej Strony Ulicy Psotek został ciężko ranny. Miał prawie całkowicie wyrwane oko. Weterynarz, który to zobaczył, początkowo chciał natychmiast je usunąć. Na usilną prośbę podjął się leczenia, nie za bardzo wierząc w powodzenie zabiegów. Po prawie 2 miesiącach starań oko zostało uratowane. Śladem po nieudanej walce jest jedynie źrenica, która w przeciwieństwie do drugiego oka nie jest ustawiona pionowo, tylko poziomo i umyka do boku. To, że sprawcą nieszczęścia był Czarny Kocur wiemy oczywiście nie od naszego dachowca, tylko od sąsiadów, którzy widzieli całe starcie. Niepowodzenie w walce nie zniechęciło Psotka do wojny z silniejszymi od siebie. Wielokrotnie pojawiał się podrapany, z wyrwanymi kudłami, tak że obawialiśmy się najgorszego. Widziałem, jak Czarny Kocur bezczelnie spaceruje po naszej działce, jak nasz go śledzi a niekiedy goni. Kiedyś zobaczył mnie i nie śpiesząc się zbytnio przeskoczył płot, przeszedł na drugą stronę ulicy, usiadł na chodniku i wpatrywał się intensywnie w naszego rudzielca przyczajonego za siatką płotu. Wyglądało to tak, jakby chciał go zahipnotyzować i zmusić do wyjścia na "pojedynek śmiertelny". A najlepiej, by nasz niedoświadczony kotek został ofiarą któregoś z pędzących samochodów. Całe szczęście operacje wojenne poza swoim terenem nie wchodziły w grę. Bestia jednak nie darowała. Dopadła naszego Psotka w nocy i prawie odgryzła mu nogę. Znowu długia kuracja i decyzja o kastracji. Myśleliśmy, że wybieramy mniejsze zło. Kotek będzie mniej wojowniczy i ustąpi panu okolicy. Już w chwilę po zabiegu żałowaliśmy decyzji. Kot patrzył na nas z taką żałością, że żona popłakała się a ja ledwie powstrzymywałem łzy. Następnego dnia zdezorientowany tym wszystkim rudek rzucił mi się na nogę i uwieszony pazurami za spodnie ciął mi skórę do krwi tak, że spływała mi strumieniem do buta. Nie mogłem go oderwać. Mimo bólu starałem się zrobić to w miarę delikatnie. Rozumiałem żal i złość. Wiedziałem, że skrzywdziliśmy go może bardziej, niż Czarny Kocur. Wreszcie też jestem mężczyzną i potrafię sobie wyobrazić, co czuł moj ulubieniec. Do dzisiaj, a minęło ponad 2 lata od operacji, mamy z żoną wątpliwości. Co prawda Psotek żyje, ładnie wygląda ,wizyty wrednego sąsiada przeczekuje na najwyższej gałęzi drzewa w ogrodzie, ale co to za życie. Samiczki przybywające do nas nie tylko w marcu mają w nim rycerskiego kompana, dzielącego się swoją strawą, śpiewającego miłosne pieśni niczym trubadur, ale nic poza tym. Może na nie tylko popatrzeć. Dlatego przyrzekłem sobie: nigdy więcej kastracji! Lepiej zginąć z podniesionym czołem, niż uciekać na drzewo i nic z życia nie mieć. Niejako rekompensując stratę staram się spełniać wszystkie zachcianki kota. Jeżeli nie pasuje mu karma z tuńczykiem, kupuję karmę z kurczakiem. Znudzi mu się jedzenie jednej firmy, dostaje karmę innej. Teraz wydaje się być nawet szczęśliwy. Prowadzi ustabilizowane życie. Hormony chyba już nie działają. Wyspecjalizował się w atakach na nornice. Prawie po każdej nocy na wycieraczce leży upolowany gryzoń. Kotek chyba już nam wybaczył, bo dzieli się z nami tym, co najlepsze. A może się tylko pocieszam?

skomentuj (0)

FACHOWCY 6.09.2006 2006-10-16 23:15:30

Ale mam dzisiaj chęć popleść sobie trzy po trzy! Tylko o czym? O budowlańcach, którzy urzędują u mnie w domu od tygodnia! Czy warto? Ograny temat. A..., w zasadzie, dlaczego by nie? Będzie to tylko wspomnienie jednego dnia z życia tzw. inwestora, o wczorajszych bliskich moich kontaktach z pracownikami branży budowlanej. Dzięki nim wiem dzisiaj, że nie trzeba wyruszać za dalekie morza, na odległe tajemnicze wyspy, by przeżyć ekscytującą przygodę. Z rana zadzwoniłem do hydraulika, który wcześniej rozprowadzał po moim domku miedziane rury do wody. Poprosiłem go o zamontowanie umywalki. Akurat miał czas i po godzinie byl już u mnie. Gdy ochoczo zabierał się do pracy, przypomniałem mu o dosyć nietypowym ustawieniu rur w ścianie i ostrzegłem przed ich uszkodzeniem. Miesiąc temu nie dało się ich, jakoby ,inaczej umieścić w przewodzie kominowym. Na to mój fachowiec odpowiedział pytaniem: "Czy ja panie Darku jestem piekarzem, ogrodnikiem, czy hydraulikiem?" W pierwszej chwili chciałem błysnąć dowcipną ripostą, ale powstrzymałem się od komentarza, by nie wywoływać wilka z lasu, czyli zdenerwować fachurę. I cóż się okazało? Efekt był, jak zwykle, łatwy do przewidzenia, niczym gag w kiepskiej komedii.Już pierwszy otwór pod śrubę wypadł dokładnie na wysokości rurki, a że pan Zdzisio miał ciężką rękę, to rurka pękła, a woda zaczęła zalewać mi łazienkę i piwnicę. Szybka akcja z z zaworem odcinającym uratowała dobytek. Majster nieco się przejął, a może nawet był wstrząśnięty, chociaż udawał niezmieszanego. Powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu: "Na dzisiaj koniec, przyjdę jutro". Na razie, a jest już "jutro" godzina 23, nie pojawił się. Mogę zatem pisać do oporu, bo brudny nie położę się spać. Gdy majster walczył z hydrauliką, inny specjalista miotał się na poddaszu próbując zmontować ościeżnicę. Że robota skomplikowana- dobrał sobie kompana w postaci pana Romka. Pomocnik miał trzymać drewniane belki, a jego księżycowy koleżka dokazywał z pianką montażową. W pewnej chwili usłyszałem łomot. Wystraszyłem się, że któryś nieopatrznie oparł się o chwiejną balustradę i razem z nią spadł do szybu schodowego. Całe szczęście po schodach zsuwała się tylko moja ościeżnica w trzech kawałkach. Gdy mistrzuniu od drzwi szukał pianki, która jeszcze nie zaschła w tubie, pan Romek uznał chwilową jego nieobecność za sygnał do odpoczynku, bo ścierpły mu ręce, puścił ościeżnicę, a ta w żadnym miejscu jeszcze niezamocowana w otworze drzwiowym, przewróciła się i spadła po schodach. Co ciekawe, montażyści stanęli na wysokości zadania i pojechali do marketu budowlanego, by wymienić uszkodzoną ościeżnicę. Potrafili nawet wmówić sprzedawcom, że inwestor kupił ją uszkodzoną, nic o tym nie wiedząc. Wrócili radośni niczym Argonauci ze złotym runem. Pewnie wierzyli, że dopiero teraz dostrzegłem w nich tych, o których opowiada się legendy, a ja jeszcze tydzień temu zawiniłem brakiem entuzjazmu w ich zatrudnieniu. Dzisiaj cały dzień siedzieli cichutko, być może zastanawiając się, jak złapać kąt prosty przy ścianie działowej z płyty kartonowej. A może brakowało im wody do rozprowadzania gipsu do gładzi? Boję się myśleć, co się stanie jutro, gdy- mam nadzieję- pojawi się wreszcie pan Zdzisiu. Maestro stanie przed nie lada wyzwaniem. Oprócz załatania rury będzie musiał zamontować umywalkę. Ileż możliwości otworzy się przed nim! Kombinacja około 8 części może zaowocować zupełnie nową jakością. Kto wie, czy niespodziewanie nie stanę się szczęśliwym właścicielem czegoś szczególnego, czego nie posiadają nawet krezusi Hollywoodu i czego najtęższe głowy fabryki snów nie byłyby w stanie wymyślić. Gdyby mnie rzeczywiście zaskoczył, podam Wam nazwisko i adres magika, ostatniego- może- Mohikanina hydrauliki fantazyjnej. Ci sztampowi, nudni w swojej doskonałości ,grasują pewnie we Francji. Zastanawiam się tylko, dlaczego polski hydraulik musi występować akurat w parze z pielęgniarką. Czy twórcy reklamy genialnie przewidzieli skutek działań pobratymców pana Zdzisia i dlatego dodali na wszelki wypadek jego kumpelę, by reanimowała naiwnych Francuzów zatrudniających naszych fachowców? Jednemu nie mogę zaprzeczyć. Dzięki kontaktowi z ludźmi z pogranicza pracy fizycznej i umysłowej, poznałem szerokie spektrum słownictwa fachowego ,i nie tylko. Na przykład F1 to, bynajmniej, nie amerykański myśliwiec bombardujący, tylko masa szpachlowa do pokrywania płyt gips-karton. Amerykan z kolei to oryginalna amerykańska farba, nie polska podróba. Pan Zdzisiek miał prawdopodobnie epizod więzienny. Posługiwał się słownictwem zupełnie mi nieznanym, a niewątpliwie polskiej proweniencji. Domniemywam więc, że grypsował.Parę zwrotów zapamiętałem, ponieważ były zrozumiałe i przyjemne dla ucha, jak: kumpela, księżycowy koleżka, gwiezdny skazaniec, przeziębiony renifer, włochate żaby. Nie jestem jedynie pewien, czy do końca były związane z hydrauliką, a nie na przykład z seksem, bo "wiracha" (też cytat z pana Z.)to mówiący dziwnie przy tym przewracał oczyma, przez co- jak przypuszczam- nie trafił w pół metra niezbrojonej ściany między rurkami. Skoro już jestem przy słownictwie, a i tak mam czas do pojawienia się wody w moim domu, to wspomnę o dwóch takich, z którymi jechałem kiedyś pociągiem z Kutna do Iławy. Obaj panowie, o ile dobrze ich zrozumiałem, kilkanaście lat wcześniej chodzili razem do jednej budowlanki. Bite 3 godziny rozmawiali ze sobą naśmiewając się do łez, posługując się prawie wyłącznie dwoma słowami w różnej konfiguracji. Tylko od czasu do czasu pojawiał się wyraz inny, niż zaczynający się na ch lub k. Dziwne, ale widać było, że jeden drugiego doskonale dekoduje. Zrozumiałem, że przy pomocy około 20, czy 30 słów można oddać każde uczucie, opisać każdą czynność, wyrazić każdą abstrakcję. W tym sensie małpa niewiele różni się od człowieka, czy może odwrotnie. Kwintesencją rozmowy moich towarzyszy podróży był moment, gdy jeden z nich charakteryzował swoją znajomą, z którą spędził niedawno upojne chwile i zabrakło mu słów do lapidarnego i celnego oddania jej urody, więc szukał ich w pamięci, by wreszcie odkrywczo i jakże odmiennie niż dotychczas, stwierdzić rozmarzonym głosem: "Była piękna, jak ch...". Chłopaki po tej konkluzji zamilkli i nie odzywali się do siebie przez dobre pół godziny. Prawdopodobnie jeden przypominał sobie niewysłowione piękno swej towarzyszki, drugi próbował wyobrazić sobie, chociaż w przybliżeniu, owe cudo natury. Byli obydwaj wyraźnie zszokowani dopiero co uświadomioną doskonałością. Ja miałem czas na to, by w ciszy i spokoju przeanalizować ich błyskotliwą konwersację. O kobiecie okeślonej tak pięknymi słowy nie myślałem, bo zważywszy na jakość jej mena, doszedłem do konstatacji, że opis rzeczywiście był dokładny i oddawał istotę jej czaru. P.S Teraz dopiero zastanawiam się, co miał na myśli elokwentny zdobywca kobiety porównywalnej jedynie z penisem. Czy to, co mówił nie miało czasem drugiego dna? W jakim sensie była piękna, jak członek? Bardziej chodziło o figurę, czy twarz? Czyj członek? Jakikolwiek, ogólne wyobrażenie, czy czyjś konkretnie? Czy była jakąś olbrzymką, czy też lilipucicą o obfitych kształtach, a do tego z bujną grzywą? Gdyby ktoś potrafił odpowiedzieć na te i szereg innych pytań, rzuciłby nowe światło rozjaśniające mroki umysłowości budowlańców. A to z kolei pozwoliłoby znaleźć metodę pozytywnego oddziaływania na fachowców, bo z kontaktów z nimi wnoszę, że mszczą się nie tylko za niepowodzenia szkolne. W tym momencie chciałem zakończyć, ale co mi szkodzi pociągnąć temat dalej? Interesujące jest, na co nasz językowy dżygit złapał tak piękną niewiastę? Czym ją zauroczył? Czy zauważyła w nim ów przebłysk geniuszu, który wywołuje u kobiet burzę pytań o sens życia, o ich miejsce w kosmosie u boku tego jedynego mężczyzny, na którego warto postawić, bo zapewni nieśmiertelność swymi szlachetnymi uczynkami, wielkimi dziełami lub mołojecką sławą? Czy była to panna, której brakowało w życiu silniejszych doznań, szczypty brutalności i chamstwa, więc od czasu do czasu wybiera sobie człowieka z ludu, aby bez zobowiazań i konsekwencji zobaczyć świat na co dzień dla niej niedostępny? I żeby nie mnożyć pytań i pobocznych wątków: Czy zostawiła mu swoją fotkę z adresem i telefonem, by i inni przypadkowi goście mogli nieść jej sławę po krańce świata? A na koniec ogólna uwaga dotycząca znowu warstwy werbalnej. Przechył w drugą stronę- używanie w nadmiarze "uczonych" wyrażeń typu: konfiguracje, kwintesencja, konstatacja, konwersacja, żeby daleko nie szukać z jednej strony słownika i tego tekstu, dla opisu banalnych wydarzeń i prozaicznych zachowań też razi sztucznością i swego rodzaju dziwactwem.

skomentuj (0)

GIZELA 1.09.2006 2006-10-15 21:09:43

Istniało kiedyś państwo o nazwie Niemiecka Republika Demokratyczna. Pokolenie dzisiejszych nastolatków wie o nim mniej więcej tyle samo, co o Republice Burkina Faso, czy o Irianie Zachodnim. Natomiast czterdziesto-, czy pięćdziesięciolatek ma przeważnie całkiem miłe wspomnienia z kontaktów z owym krajem. Co prawda miał on tyle wspólnego z demokracją, co krzesło z krzesłem elektrycznym, ale za to był dla wielu Polaków prawdziwym Zachodem. Sklepy wydawały się w latach 70 i 80- tych pełne dóbr nieosiągalnych u nas. Państwo dotujące wiele artykułów, umożliwiało ich zakup po bajecznie niskich cenach, przynajmniej w porównaniu do czarnorynkowych cen w Polsce. Do NRD jeździło się głównie po zakupy. Do tego miał ją zamieszkiwać znacznie lepszy gatunek Niemców, niż ci z Republiki Federalnej. U naszych przyjaciół zza Odry nie było- tak przynajmniej sugerowała oficjalna propaganda- pogrobowców hitleryzmu, od których z kolei roiło się w Niemczech Zachodnich. Tam za każdym rogiem czaił się, jeśli nie Krzyżak, jak kanclerz Adenauer, to rewizjonista, jak Herbert Hupka, czyhający na nasze prastare piastowskie ziemie typu Pomorze Szczecińskie, czy Warmia i Mazury. Niemcy Wschodni mieli być nowym typem człowieka, wychowanym w duchu tolerancji, przyjaźni i internacjonalizmu, co dawało się udowodnić szczególnie w momencie, gdy do sklepu wchodziła grupa Polaków. Na ich powitanie wychodził zazwyczaj znacznie liczniejszy zastęp sprzedawców i wolontariuszy w postaci wszystkich miejscowych klientów. Obserwowali w samoobsługowych sklepach każdy ruch przedstawicieli bratniego narodu polskiego, prawdopodobnie chcąc przyjść z natychmiastową pomocą w wyborze atrakcyjnego, dotowanego przez ich państwo towaru. Sprzedawcy, gdy artykuły- niekiedy w hurtowych ilościach- zostały już włożone do koszyków, zapominali ze wzruszenia języka w gębie. W żaden sposób nie można było do nich trafić, gdy odkładali z powrotem na półki większość poczynionych przez nas zakupów. Nie dało się porozumieć z nimi nawet w ich własnym języku, tak, że nie było wiadomo, czy to jakaś gra polegająca na losowaniu 10 klientów mogących kupić wszystko i 20 takich, którzy mogli wynieść ze sklepu tylko paczkę orzeszków i, np. margarynę. To były pasjonujące zawody. Nigdy nie wiedzieliśmy, komu się uda. Wśród przegranych dziwnym trafem byli sami Polacy. I do takiego kraju wybrała się w połowie lat siedemdziesiątych grupa uczniów z mojego liceum. Ówczesna młodzież chłonęła wiedzę, była ciekawa świata, w czasie wycieczek chciała zobaczyć jak najwięcej atrakcji turystycznych. Nie pytała, czy w zwiedzanym mieście jest McDonald, uważany dzisiaj ze główny punkt programu peregrynacji. Odwiedziliśmy pod kierunkiem naszych super nauczycieli Drezno, Miśnię, Saksońską Szwajcarię i Goerlitz. W Miśni w zamku Albrechtsburg odkryliśmy przyczynę frustracji sprzedawców ze wszystkich nawiedzanych przez nas sklepów. W jednej z komnat na ścianach namalowano w XIX wieku, już po zjednoczeniu Niemiec przez Prusy, fresk przedstawiający niespodziewaną wizytę wojów naszego Mieszka II (?) u bram rzeczonego zamku. Nasi z mordami, jak jakaś "azjatycka dzicz", pięli się po drabinach na mury, dzierżąc w potwornie użylonych rękach oszczepy z wbitymi paszczękami końskimi. W powietrzu śmigały zrzucane z murów głazy. Na głowy, a raczej na łby napastników lał się wrzątek, czy smoła wylewana przez statecznych, kulturalnych, delikatnie uśmiechających się obrońców. Żadnego z ich strony chamstwa, naprężania mięśni twarzy, grymasów zniekształcających wygląd. Pełna kultura. Brakowało tylko zapachu wyperfumowanych, czystych ciał. Zrozumieliśmy, że mimo upadku I, II i III Rzeszy byliśmy dla owych generalnie przyjaznych, tolerancyjnych i kulturalnych Niemców takimi samymi spragnionymi łupów, dzikimi przybyszami ze Wschodu, jak Mieszko i jego kamanda. Do czasu najścia przez nas Goerlitz nic nie zapowiadało, że ostateczny triumf będzie należał jednak do nas. Tutaj rozegrała się akcja z biblijnym: "Ostatni będą pierwszymi" w tle. W tym momencie muszę krótko naszkicować enerdowskie realia dotyczące komunikacji miejskiej. Otóż nie trzeba było tam kupować biletów w kiosku. Wystarczyło wejść do tramwaju i po wrzuceniu do śmiesznej oszklonej kasetki- o ile sobie dobrze przypominam- 50 fenigów, oderwać z rulonu przypominającego rolkę papieru toaletowego bilet o odpowiednim nominale. Nikt tego nie kontrolował, ile i czy w ogóle ktoś wrzuca pieniądze i ile biletów wyrywa. Można było zwinąć cały rulon, ale skoro to działało, to znaczy, że wierzono w uczciwość pasażerów i raczej wiary tej nikt nie nadużywał. Co innego my. Po wejściu do tramwaju, mającego przenieść nas na przedmieścia, przepisowo zapłaciliśmy za bilety, oderwaliśmy ich tyle, ile się należało i w wesołych nastrojach ruszyliśmy w podróż. Jakież było nasze zdumienie, gdy weszła kontrola, która już dwóch pierwszych z brzegu kolegów oskarżyła o to, że zapłacili za bilety zbyt mało. Znalazł się nawet miejscowy pasażer, który widział, że do kasetki z pieniędzmi wrzucaliśmy guziki, a nie fenigi. (Straszny obciach, ale przecież po coś tę II wojnę wygraliśmy.) Natychmiast spontanicznie zawiązał się społeczny komitet oburzonych na tradycyjne polskie cwaniactwo obywateli Goerlitz. Jedni z nich z emfazą opowiadali o znanych im przypadkach okradania demokratycznej republiki i jej mieszkańców przez Polaczków. (Słowo to nie padło, bo przecież pełna kultura, ale my je słyszeliśmy.) Inni liczyli guziki w kasetce, próbując ustalić na ile DDR zostało oszwabione, a  raczej spolaczkowane. Niemieccy pasażerowie podniecali się do coraz ostrzejszych wypowiedzi wyciągając jakieś historyczne zaszłości i uogólniając pojedyncze przypadki do momentu, gdy na arenę wkroczyła Gizela, nasza germanistka. Ta dotychczas słuchała w skupieniu, nie odzywała się ani słowem, być może nawet podejrzewając, że te guziki to nasza sprawka. W końcu jednak nie zdzierżyła. Wstała i donośnym głosem zadała po niemiecku pytanie: "A pamiętacie Auschwitz?" Momentalnie zapadła cisza. Niemcy klapnęli na krzesełka, wbili głowy w ramiona, spuścili wzrok, skulili się w sobie i żaden z nich nawet nie mruknął. Rachmistrzowie od guzików rozpłynęli się w powietrzu. Chyba pamiętali. Gizela miała pełne prawo zadać to pytanie. Była polską Żydówką cudem uratowaną jako dziecko, z masakry pod Lwowem przez dziadków naszego kolegi ze szkoły. Tu nie chodziło o doraźną sprawiedliwość. Może ktoś z nas rzeczywiście zawinił i może nawet powinien ponieść karę. Ale jak się to miało do tego, co nam Niemcy uczynili w czasie ostatniej wojny? Niektórzy z naszych niemieckich współpasażerów wyglądali na takich, co kulturalnie zapraszali ludzi do gazu. Mieli nawet odpowiednią ilość lat, by wcześniej zdążyć załapać się do załogi kacetu. Gdyby do kontrolerów nie przyłączyli się podróżni, można było zgodzić się z ewentualną karą. Ale, jeżeli wszyscy oni pospołu chcieli udowodnić nam swoją wyższość moralną, pokazać, że oni to cnota, a my hołota, trzeba było zrobić to, co zrobiła Gizela ze sztetlu pod Lwowem. Po jej pytaniu wszyscy zrozumieliśmy absurdalność sytuacji. Niemcy też. Nie bez przyczyny określani są narodem filozofów i poetów.

skomentuj (0)

RĄCZY JELEŃ 22.08.2006 2006-10-15 19:34:57

Któregoś dnia wybrałem się samochodem na giełdę roślin po sadzonki drzew ozdobnych. Giełda znajduje się niecałe dwa kilometry od centrum mojego ponadpółmilionowego miasta. Wokół ludne osiedla, ulice ze sznurami jadących samochodów, ale i zaniedbana dolina nieznanej mi z nazwy rzeczki. Szukając punktu sprzedaży drzewek lekko zwolniłem. Silnik pracował na niskich obrotach. W pewnej chwili wydawało mi się, że słyszę tętent konia. Pomyślałem: wszystko możliwe, może dorożka ze zwiedzającymi. Nagle spostrzegłem wyprzedzającego mnie po prawej, od strony chodnika, jelenia. Stary chyba nie był, bo chyżo wyrywał do przodu, za chwilę skręcił w niezagospodarowany teren między domami i zniknął wśród chaszczy nad rzeczką. Zaskoczony widowiskiem o mało nie uderzyłem w pojazd zaparkowany na poboczu. Po co to opowiadam? Otóż ten rączy jeleń jest jak Jeleń, jedyny piłkarz naszej reprezentacji, który może zmierzyć się biegowo z zagranicznym przeciwnikiem. Jest on (Jeleń) taki szybki, że ledwie zagrał parę meczów a już zniknął za granicą. Jak się nagle pojawił, tak szybko straciliśmy go z oczu. Jest niejako symbolem naszej piłki kopanej. Tabuny działaczy robią szybkie interesy, nie myśląc o przyszłości. Dlaczego? Bo piłka nożna w naszym wydaniu to domena amatorów zarabiających, jak prawdziwi fachowcy. Czy ktoś sprawdza u nas kompetencje tzw. działaczy, menadżerów itp.? Nie. Ktoś, kto nigdzie indziej nie poradziłby sobie i nie chce mu się pracować, idzie do futbolu (lub polityki). Masa mężczyzn nic nie tworzy, tylko wyżywa się w zakulisowych rozgrywkach, prowadzi soje gierki. Piłkarze i kibice są dla nich tylko niewiele znaczącym dodatkiem. Esencją ich pracy są pieniądze przepływające pod stołem. Piękno gry, zadowolenie kibiców pojawiają się w ich myślach dopiero wtedy, gdy trzeba coś extra wyrwać ze wspólnego worka. Szkolenie młodzieży, długofalowe cele, wysoka forma zawodników utrzymana dłużej niż sezon, to dla nich całkowita abstrakcja. To skutkuje pustymi trybunami. Na mecze wybiera się głównie żulia, która rozładowuje nagromadzone napięcia w bijatykach dodatkowo odstręczających od futbolu tzw. masowego widza. Kibol traktuje mecz jako pretekst, a nie cel swojej wizyty na trybunach. Dla niego mogłoby go nawet nie być. W piłce nożnej dla tego dzikiego luda najważniejsze jest danie komuś w mordę. Pewnie takie podejście to efekt długotrwałego pokoju. Kiedyś agresywne zachowania znajdowały ujście w masowych mordach, gwałtach, paleniu osad. (Kompleks krótkiego członka też mógłby być wytłumaczeniem: mały siusiak, duży bejsbol średnio biorąc źle nie wypadają.) Praprzodek tłukł maczugą, dziadek kłonicą, tatko sztachetą a ich współczesny potomek nie zrobił jakościowego kroku w naprzód i nawala bejsbolem. Taką rodzinną tradycję można by wykorzystać, wysyłając osiłka z wojskiem, np. do Afganistanu, ale niestety człowiek zwany kibolem jest zbyt ociężały umysłowo lub leniwy ,by sprostać wymaganiom współczesnego pola walki. Pozostaje, więc tylko bijatyka z podobnymi sobie i terroryzowanie bezbronnych obywateli na ulicach miast. Osobiście zorganizowałbym im turnieje (na pewno nie rycerskie), w których solo i w drużynach tłukliby się kamieniami, butelkami, siekierami i innym równie skomplikowanym sprzętem. Telewizja transmitowałaby to na żywo. Najbardziej wprawni w takich zapasach na pewno zawładnęliby wyobraźnią szerokich rzesz widzów wytresowanych Big Brotherem, zarabialiby na reklamach środków opatrunkowych. Panienki by na nich leciały, pęczkami wisiałyby u ramion swoich herosów. Jedynie zabroniłbym udzielania wywiadów. Długotrwałe piii... niezbyt dobrze wypada w telewizji, jeszcze gorzej w radiu. Poza tym wolałbym zapytać o wrażenia, czy przemyślenia dzikiego osła. Niby ta sama rodzina, co osiłek, ale ten pierwszy przynajmniej nie przeklina. I chyba mordę ma przyjemniejszą. A co ma do tego piłkarz Jeleń? Każdy, kto własnym wysiłkiem coś osiąga lub chce osiągnąć, musi niestety, póki co, szukać szczęścia za granicą. Nam, zwykłym kibicom pozostaje tylko podziwiać wyczyny międzynarodowych gladiatorów na obcych pięknych stadionach. A tak bardzo chciałoby się zasiąść z synem wśród podobnych sobie, delektować się sztuczkami piłkarzy, przeżywać zbiorowe uniesienia we wspólnocie zwanej naszym klubem, zedrzeć sobie gardło skandując nazwisko ulubieńca, bezpiecznie dotrzeć do parkingu, gdzie nikt nie pyta, czy popilnować samochodu. Nie czuć za plecami nieświeżego oddechu, nie słyszeć głupawych obelżywych przyśpiewek, nie oglądać się trwożnie za siebie, bo z tyłu narasta ryk dzikiego obcego plemienia. Obcego nawet wtedy, gdy są to same Maćki, Romki i Zdziśki, krew z krwi, kość z kości nasi.

skomentuj (0)

PTAKI 12.08.2006 2006-10-15 14:14:41

Myślę, że szpaki to najmądrzejsze ptaki. I najwredniejsze. Nie bez przyczyny stawiam je tak wysoko w rankingu ptasiej inteligencji- mimo upokorzeń, jakich od nich doznałem. Zasłużyły sobie na to wieloletnią działalnością w moim ogrodzie, który staje się na przełomie wiosny i lata polem bitwy między człowiekiem a ptakiem. Pośrodku naszego ogrodu stoi kilkudziesięcioletnia czereśnia, która w maju pokrywa się tysiącami kwiatów, a pod koniec czerwca ma gałęzie uginające się pod ciężarem owoców. I wtedy właśnie, gdy wszyscy przygotowujemy się do obfitych plonów, a ślinka cieknie nam na widok dojrzałych czereśni, drabina podstawiona pod drzewo sygnalizuje początek sezonu obfitości, pojawia się na najwyższej gałęzi szpak. Siedzi sobie, jakby nie ruszył się z niej od zeszłego roku. Nigdy nie zauważam, jak nadlatuje. Nazywam go Aleksander. Można powiedzieć, że jest moim starym znajomym. Przylatuje na nasze drzewo od około dziesięciu lat. Poznaję go po zgrubieniu na jednej nodze. Siedzi więc na gałęzi i przygląda mi się ciekawie, próbując zapewne wybadać, czy nie przygotowałem jakiejś niespodzianki. Od trzech lat nie wygłupiam się jednak. Nie wieszam szmat ani pustych butelek na gałęziach, nie stukam metalową rurką w pień drzewa, nie krzyczę, nie rzucam kijem. To była zupełna porażka. Domyślam się, że muszę być dla mojego szpaka jakąś komiczną i bezsilną figurą. Pewnie na ptasim uniwersytecie wykłada teorię okiełznania człowieka, a później słuchacze odbywają pod jego kierunkiem ćwiczenia praktyczne, akurat w moim ogrodzie. Zmuszony zmierzyć się z takim połączeniem Einsteina i Aleksandra Macedońskiego wiem, że nie mam szans. Cieszę się jedynie, że nie zna karate. Brakowałoby, żeby był jeszcze Brusem Lee i strzelił mnie z dzioba. Od pewnego czasu idę zatem na kompromis. Wyższe gałęzie, dla mnie niedostępne ze względu na długość drabiny, pozostawiam ptakom, sam operuję niżej. Profesor Aleksander siedzi i obserwuje. Gdy wszystko wydaje się być pod kontrolą, kilkoma szybkimi komendami zwołuje swój hufiec czekający cierpliwie nieopodal na drutach telefonicznych. Chmara skrzydlatych braci spada na drzewo. W całkowitej ciszy obżera się moimi owocami. Nerwowo rozglądając się na wszystkie strony, ptaki często naddziobują czereśnie tylko częściowo, pozostawiając tak okaleczone owoce na pobojowisku i rzucają się łapczywie na następne. Gdy zaspokoją pierwszy głód, zaczynają być bardziej śmiałe, hałasują. Wygląda to tak, jakby miały w czubie. Dyskutują sobie swobodnie, naśmiewają się z czegoś. Nie przeszkadza im, że wspinam się na drabinę coraz wyżej i próbuję uratować, co się da. Ptaszyska nie za bardzo chcą nawet przesunąć się na bardziej ode mnie oddalone gałęzie. Co rusz spadają na mnie kawałki owoców, jestem pochlapany sokiem skapującym z dziobów. Horror, jak u Hitchcocka. Początkowo myślałem, że to efekt niskiej kultury współżycia szpaków, że nikt im nie pokazał, jak należy zachować się przy stole, i to w gościach. Dopiero wtedy, gdy przywódca stada siedząc nade mną niemal na wyciągnięcie ręki, z pełną premedytacją plunął mi pestką prosto w oko, uświadomiłem sobie, że to nie przypadek. Nie mogło być mowy o pomyłce. Siedział blisko, patrzył na mnie to jednym, to drugim okiem, wiedział, co czyni. Potem rzucił chyba jakąś dowcipną uwagę, bo ptactwo się rozwrzeszczało i na pełnym luziku zanotowując w pamięci, kto tu rządzi, kontynuowało ucztę w trochę wolniejszym tempie. Od tej chwili szpak to mój wróg. O ile przedtem obserwowałem to podłe plemię z mieszaniną nienawiści i podziwu, to teraz nie ma u mnie żadnych względów. Wyższe gałęzie wytnę, a niższych będę bronił jak niepodległości. Przygotuję sobie procę, wytresuję kota na zabójcę ptaków. Ciekawe, czy Aleksander poradzi sobie ze zmasowanym odwetem, czy nadal będzie taki dowcipny. Geniusz ptaka kontra geniusz człowieka (może z tym geniuszem w pierwszym lub drugim przypadku nieco przesadziłem). Kompromisu nie będzie. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Ja, albo szpak. Poza tym, od teraz, będę bardziej podziwiał bociany. Ładnie wyglądają, nie tak, jak te pokurcze szpaki. Są opiekuńcze- dbają o swoje młode. Szpaki grasują olbrzymimi bandami, ale kto widział ich dzieci? Bociany są indywidualistami. Zachowują się godnie, są zawsze trzeźwe. Natomiast naćpany sokiem szpak jest bezczelny i nieobyczajny. Nie przestrzega umów, choćby niepisanych. Bocian zna swoje miejsce w szyku, nie konkuruje ze mną o żywność. Je to, na co ja nie chciałbym nawet spojrzeć. Szpak rozpychając się łokciami, sprząta mi sprzed nosa moje ulubione kąski. Inteligencja to nie wszystko. Niewątpliwie bocian jest lepszy od szpaka.

skomentuj (0)

Księga Gości
Linki
BLOG ROKU 2007 Ten blog bierze udział w konkursie "Blog Roku 2007" w kategorii "Ja i moje życie"